San Andrés czyli karaibski konik morski w niecodziennym wydaniu

Na karaibskiej wyspie San Andrés byłam już niejednokrotnie i za każdym razem odkrywałam w niej coś nowego. San Andrés to tropikalna wyspa na Morzu Karaibskim, z przepięknymi, białymi plażami, pochylonymi palemkami i ciepłą jak w wannie wodą w morzu. Do tego oczywiście dodać należy zimne drinki i doskonały odpoczynek. 

Tym razem odwiedziłam San Andrés w związku z kongresem dziennikarzy turystycznych, ale również w poszukiwaniu atrakcji wyjątkowych, nieco bardziej wyszukanych i nie tak oczywistych. Okazało się, że ta najbardziej wysunięta na północ część Kolumbii, która jeśli spojrzymy na mapę znajduje się bardzo daleko od lądowej części kraju i znacznie bliżej wybrzeży Nikaragui niż Kolumbii, pokazała mi zupełnie nowe oblicze, znacznie dojrzalsze od tego pocztówkowego, które pozostało mi w głowie po ostatnich pobytach.

Widok na siedmiokolorowe morze San Andrés z wnętrza wyspy
Widok na siedmiokolorowe morze San Andrés z wnętrza wyspy

Cała przygoda na San Andrés zaczęła się od lądowania, które ma na wyspach szczególny urok, zresztą jak to lądowania na każdym małym paśmie lądu otoczonym wielkim morzem. W tym przypadku lądowanie odbywa się na pasie lotniska, które przecina górną część wyspy, która z lotu ptaka przypomina konika morskiego. Pasażerowie wciskają stopy w podłogę samolotu, pomagając intuicyjnie pilotowi hamować, żeby samolot na pewno zdążył się zatrzymać przed dotknięciem "nosem" morza. Bo choć jest to ciepłe Morze Karaibskie, nikt z przylatujących nie ma na to ochoty…

Kolejny etap – buchające jak z pieca chlebowego niesamowicie gorące powietrze, które jednak już na plaży chłodzi delikatna bryza owiewająca wyspę, której nie sposób poczuć na przykład w Cartagenie, gdzie powietrze autentycznie stoi. Ja osobiście, jako osoba zdecydowanie ciepłolubna, takie miejsca uwielbiam. Im cieplej, tym lepiej. Wynalazek klimatyzacji jest mi absolutnie niepotrzebny do szczęścia, nawet przy temperaturze 40ºC i 100% wilgotności.     

Docierając do centrum wyspy, zdałam sobie sprawę, że od mojej ostatniej wizyty dwa lata temu, San Andrés rozwinęło się gwałtownie. Wcześniej hotele znajdowały się tylko przy głównej ulicy i plaży. Dzisiaj natomiast wchodzą w głąb wyspy do 4-5 przecznic. Ponieważ San Andrés jest strefą bezcłową, w centrum wyspy znaleźć można mnóstwo sklepów z bardzo tanim alkoholem, perfumami, markowymi ubraniami i słodyczami. To niewątpliwie raj dla lubiących "duty free" i wypoczynek w miejscach, gdzie temperatura i dobry klimat zagwarantowane są przez 365 dni w roku.

Ja szukałam jednak czegoś innego, dlatego też starałam się spędzać czas z dala od głośnego centrum, sklepów z tanim alkoholem, dyskotek i pokoju hotelowego z pięknym widokiem na morze i niemożliwą do wyłączenia klimatyzacją. I oto, co znalazłam…

Najpiękniejsze plaże

Najszersza i chyba najładniejsza plaża na wyspie znajduje się w samym jej centrum, przy deptaku i jest to plaża dostępna dla wszystkich. Jeśli jednak chce się pobyć w samotności, z dala od gwaru, słuchając tylko szumu fal, za jedyne 1200 kolumbijskich pesos (mniej niż 1 USD), złapać można lokalny transport czyli motocyklową taksówkę. Sprawa jest banalnie prosta. Wychodzi się na jedyną ulicę biegnącą na około wyspy i wyciąga rękę. Okazuje się, że część motocykli to transport prywatny, ale jeden na dziesięć to właśnie ta taksówka. Rozróżnić jej nie sposób, ale motocykl, który staje i zabiera pasażera, wydaje się być tym właściwym. W moim przypadku nim był. Taka mototaksówka zawieźć nas może z ręcznikiem pod pachą do oddalonych od centrum wyspy samotnych plaż z fantastycznym morzem, o którym mówi się, że ma siedem kolorów. Mnie wydaje się, że jest ich jeszcze więcej. 

Wysepka Jhonny Cay przy San Andrés
Wysepka Jhonny Cay przy San Andrés

Wyjątkowy cmentarz

Spacer po jedynym takim cmentarzu, który nie dość że ma najlepszy widok na Morze Karaibskie na całej wyspie, to dodatkowo porośnięty jest bananowcami. Miejsce autentycznie wyjątkowe i samotne, gdyż zwyczajowo na wyspie na cmentarz się nie chadza. 

Afrykańskie fryzury 

Na plaży w centrum miasta mieszkanki wyspy bardzo chętnie zaplatają turystkom warkoczyki. Sama warkoczyków nie chciałam zaplatać, ale z chęcią posłuchałam historii dotyczących odległych czasów, kiedy te właśnie afrykańskie fryzury służyły niewolnikom przywożonym do Ameryki Południowej jako mapy ucieczki.

Kokos, kokos i jeszcze raz kokos

Kokosowa osada West View to miejsce, które na pewno warto odwiedzić. Cała osada czyli jej domy i wszelkie znajdujące się w nich sprzęty wykonane są z jedynego materiału, którego na wyspie nie brakuje, a mianowicie orzecha kokosowego. Kokos wykorzystywany jest tutaj nie tylko w kuchni, stanowiąc podstawę lokalnej gastronomii, ale również do produkcji lokalnej biżuterii i naczyń (fantastycznie wyglądają kokosowe cukierniczki, solniczki, pieprzniczki czy miseczki do przypraw).

Zawody konne

Zawody konne to, obok tradycyjnych walk kogutów, ulubiony sport mieszkańców wyspy. Wystarczy tylko przysiąść na samotnej plaży i poobserwować jak wyspiarze trenują do konnych zawodów. Po takich ćwiczeniach najczęściej i jeździec i koń wchodzą do morza, żeby się ochłodzić.    

Gastronomia wyspy

San Andrés aż roi się od restauracji wyspecjalizowanych w owocach morza. Dla mnie jednak wyjątkowym doświadczeniem był kontakt z Doñą Cecilią, która od 38 lat codziennie w południe wystawia na głównym deptaku wyspy stół zastawiony lokalnymi smakołykami opartymi na rybach, owocach morza, kokosie, imbirze i bazylii, które przygotowuje wspólnie z córkami. Najbardziej przypadły mi do gustu: pierożki nadziewane langustą, faszerowane kraby, siekane mięso młodego rekina, "ceviche" czyli zimne danie z surowej ryby w sosie pomidorowym z cebulką i kolendrą i niesamowity placek kokosowy, o delikatnej kremowej i wilgotnej konsystencji, który dosłownie rozpływał się w ustach. Przez kilka dni z rzędu próbowałam smakołyków Cecili, aż ostatniego dnia wyjawiła mi ona swój przepis na smażoną, karaibską rybę w oleju kokosowym, który można kupić na wyspie w butelce po… rumie.

Angielska herbatka

Mieszkańcy San Andrés stanowią niesamowitą mieszankę rodowitych wyspiarzy, purytańskich Anglików, którzy dotarli do tego karaibskiego raju w XVII wieku, na pokładzie żaglowca "Seaflower" i przywieźli ze sobą niewolników z Afryki. Ta mieszanka dała początek oryginalnej społeczności, opartej na egzotycznych zwyczajach. Jednym z nich jest popołudniowe spożywanie herbaty (głównie miętowej), co w tych tropikalnych warunkach jest niesamowicie atrakcyjne. Do herbaty podaje się obowiązkowo ciasteczka ("cookies") lub pieczony w domu placek ("bone journal cake") – tak jak od wieków nakazuje tradycja.

Architektura wyspy San Andrés
Architektura wyspy San Andrés

Karaibskie połowy   

Będąc na San Andrés warto wybrać się również na tradycyjny połów karaibskich ryb z rybakami, którzy doskonale wiedzą jak poradzić sobie w wyspiarskich warunkach i bez wielkich trudności wyciągają z ciepłego morza nawet 2-metrowe okazy. Jedynym mankamentem jest fakt, że połowy odbywają się przed świtem.   

Zatopione statki

Na głębokości około 10 m w pobliżu wyspy znajduje się zatopiony w 1998 r. statek o nazwie Nicodemus, do którego można się dostać, co jest niewątpliwym rajem dla nurków, nawet tych niedoświadczonych. Dla mniej odważnych – doskonałym pomysłem jest spacer po otwartym morzu, które ze względu na otaczającą je rafę koralową jest niezwykle płytkie, co pozwala na wejście w głąb morza nawet do 400 m, a woda ciągle dochodzić nam będzie do pasa. To właśnie w tym miejscu, w zatoce Rocky Cay stoi inny statek, który zboczył z kursu i pozostał już na płytkich wodach, stając się częścią krajobrazu wyspy.  

Bezludna wyspa

Bezludna wysepka Cayo Bolívar, oddalona o ponad godzinę szybką motorówką od San Andrés, to doskonałe miejsce, w którym spędzić można fantastyczny dzień, zabierając ze sobą lokalnego kucharza i ugotować na plaży tradycyjną potrawę wyspy, którą do niedawna przygotowywać i spożywać (ze względu na jej afrodyzjakowe właściwości) mogli tylko mężczyźni – "el rondón" czyli gęsta zupa z kawałkami rybnego fileta, ślimakami, gotowanym maniokiem, wieprzowym ogonem, platanem i "domplines" (czyli mącznymi plackami), w sosie z mleka kokosowego z pieprzem.

Rejs galeonem w rytmie reggae

Dzień natomiast proponuję zakończyć zabawą na pirackim galeonie, którym wypływa się do zatoki po zachodzie słońca i przy dźwiękach reggae, którego słucha się namiętnie na wyspie, i schłodzonym rumie, zapomnieć o bożym świecie…

Mieszkanka wyspy San Andrés
Mieszkanka wyspy San Andrés

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *