Słońce, światło i “tarasowanie” w Kolumbii

Jest pewne kolumbijskie zachowanie które nas bardzo różni. My – Polacy, z reguły ciepłolubni, uwielbiamy słońce. Dlatego też nasze wakacje to wyjazdy nad morze, do krajów śródziemnomorskich, gdzie mamy zapewnioną pogodę przez cały urlop albo w tropikalne regiony naszego globu. Rzadko kto decyduje się wykorzystać swój wyczekiwany przez cały rok urlop na pobyt w zimnie. 

Ja również uwielbiam słońce, ciepło. Toteż kiedy szukałam w Bogocie mieszkania, musiało ono spełniać szereg wymagań, których mój kolumbijski mąż początkowo nie rozumiał. Do czasy, gdyż w tej chwili sam jest już w nich ekspertem. Mówię tu oczywiście o andyjskiej Bogocie, gdzie temat słońca jest ważny przy panujących temperaturach. Zupełnie inaczej ma się sprawa w regionach, gdzie jest stale ciepło. Wtedy poszukiwania są z reguły odwrotne.

Ja zwracałam uwagą konkretnie na te punkty:   

  • Położenie głównych pomieszczeń mieszkania, w których spędza się większość czasu, czyli salonu, jadalni i pokoju do pracy, koniecznie na południe lub zachód, nigdy na północ, żeby wpadało do niego światło przez cały dzień. 
  • Okna z dużą powierzchnią, co wcale nie jest w Kolumbii takie oczywiste.   
  • Balkon albo taras.
  • Niezasłaniające bloku budynki albo miejsce takie, gdzie miałabym pewność, że nie da się nic obok wbudować, gdyż w Kolumbii jest to normalka. Kupuje się piękne, słoneczne mieszkanie, po czym mija rok, dwa i w odległości 4 metrów wbudowuje się blok na przeciwko Twoich okien, mimo wcześniejszych zapewnień dewelopera, że nie wolno w tym miejscu nic postawić. 
  • Zielono za oknem, czyli albo górę albo park albo duży kawałek trawnika. Krótko mówiąc, chciałam żeby wokół było zielono, co w wiecznie zielonej Bogocie nie jest takie trudne. 

Po burzliwych poszukiwaniach udało nam się znaleźć mieszkanie, które spełniało te wszystkie punkty. Mario, wychowany w tropikalnym Cali, gdzie w mieszkaniach instaluje się klimatyzatory i gdzie nigdy przenigdy nie zobaczymy Kolumbijczyka ułożonego na trawniku i opalającego się (częściej natomiast ludzi spacerujących z parasolami podczas słonecznego dnia, chroniąc się w ten sposób przed ostrym światłem i opaleniem), nie rozumiał tych moich potrzeb. On w Cali cieszył się, kiedy niebo zachodziło chmurami i kiedy na moment można było wyłączyć klimatyzację i wyjść na narożnik, bo tamtędy właśnie wiała charakterystyczna dla cali – bryza z nad Pacyfiku.   

Pierwszy raz, kiedy zdałam sobie sprawę, że moje, polskie podejście do światła, do którego Latynosi – szczęśliwcy są przyzwyczajeni i dla których jest ono normalką, pojawiło się podczas pierwszych miesięcy mojego pobytu w Kolumbii, kiedy to przy każdej nadarzającej się okazji kładłam się na trawniku w parku, podciągałam do kolan spodnie i wystawiałam buzię do słońca. Wielokrotnie znajomi Kolumbijczycy dziwili się temu zachowaniu, chowając się w cieniu i patrząc na mnie dziwnie. Do czasu kiedy para naszych najlepszych przyjaciół zamieszkała w Galicii – w Hiszpanii i po długiej i chłodnej zimie, kiedy w Santiago de Compostela wyszło pierwsze wiosenne słońce Diana napisała do mnie, że wreszcie rozumie moje leżenie na trawnikach. Okazało się, że w pierwszych dniach wiosny, dokładnie to samo robią mieszkańcy Galicji. W parkach i na klombach nie ma gdzie stanąć. 

I coś w tym szukaniu słońca i wygrzewaniu się jak jaszczurki jest. Kolumbijczycy mają to słońce na co dzień. Są do niego przyzwyczajeni i nie sprawia im różnicy pochmurne popołudnie. My – którzy tego słońca mamy tylko kilka miesięcy w roku, jesteśmy go spragnieni. Czujemy się lepiej, kiedy świeci, poprawia nam się nastrój, kiedy niebo jest niebieskie i nie straszne nam nawet czerwone, opalone buzie, przed którymi Kolumbijczycy uciekają. Mieszkańcy tropikalnych regionów wyśmiewają się nawet z Bogotańczyków i ich czerwonych policzków, kiedy ci, których skóra przyzwyczajona jest raczej do chłodnych, andyjskich wiatrów, spędzają wakacje na nizinie albo wybrzeżu. Czerwone policzki to symbol bycia "rolo", przyjeżdżającego z "lodówki" czyli Bogoty. 

Obserwacja uciekania od słońca pogłębiła się ostatnio, gdyż z boku mojego mieszkania mam sporych rozmiarów taras. Znajduje się on dokładnie przy mojej kuchni i wystarczyło by wybić drzwi, aby przedłużyć w tej sposób mieszkanie. Taras oficjalnie nie jest nasz, należy do budynku, czyli wszystkich i nikogo i jest po prostu pomysłem architektonicznym wykonawcy. Podczas dwóch lat mieszkania w w tym miejscu nie widziałam jeszcze, aby któryś z moich sąsiadów usiadł na tym tarasie, mimo że od 10:00 do 18:00 przy dobrej pogodzie taras zalany jest słońcem. Przepraszam – raz, jeden jedyny raz, widziałam i słyszałam na tym tarasie pana, który cichutko z kimś rozmawiał i najprawdopodobniej na czas tej rozmowy musiał uciec przez żoną z mieszkania. Kolumbijczykom, w ogromnej większości, nie przychodzi nawet do głowy, żeby w ten sposób na na słońcu spędzać czas. Ja natomiast – zaadaptowałam to miejsce dla siebie, uznając je za moje własne patio na wolnym powietrzu i organizuję na nim sezonowe, miejskie pikniki z przyjaciółmi (Kolumbijczyków powoli przekonuję do takiej formy spędzania wolnego czasu, mimo, że czasami siedzą z kocem na głowie, z obcokrajowcami – sprawa jest prosta).

Tarasowanie w Bogocie

Wystawiamy wtedy pufy, kolorowe koce piknikowe, pijemy sangrię, jemy owoce, ciasto, popijamy kawą i cieszymy się tym kawałkiem przestrzeni na świeżym powietrzu, w samym centrum Bogoty, z gorącym słońcem i delikatnym wiatrem spływającym z pobliskich Andów, które mimo że ich wysokość dochodzi do 3 500 m. n.p.m. w tym miejscu naszej planety, tak blisko Równika, przez okrągłe 365 dni w roku są intensywnie zielone

Słońce i światło w Bogocie

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *