Wizyta w Muzeum Narodowym

Muzeum_Narodowe

Muzeum_NarodoweWszystko rozpoczęło się 12 października 1492 roku, kiedy to kilka europejskich żaglowców zagubionych wśród ogromnego oceanu, ujrzało nowy ląd.

Spotkanie Europy i Ameryki stało sie najistotniejszym faktem w nowożytnej historii Ameryki Łacińskiej. Z konfrontacji tych dwóch jakże różniących się cywilizacji, które zupełnie się nie znały i które do dnia dzisiejszego nie zdołały się zrozumieć, narodził się Nowy Świat, ze wszystkimi swymi odcieniami.

Ta gigantyczna mieszanka zmieniła Amerykę w kontynent wszystkich ras. Ze wszystkich współistniejących różnic fizycznych (Indianie, Europejczycy, murzyńscy niewolnicy, Chińczycy, Arabowie), kulturowych, politycznych i religijnych, które spotykały się na tym terenie w ciągu wieków, powstało wieloetniczne i wielokulturowe państwo – Kolumbia.

Do nas należy zaakceptowanie tej mieszanki i pokochanie jej. Ona jest bowiem prawdziwym bogactwem Kolumbii.

Kolumbijskie FBI

Kolumbijskie_FBI

Kolumbijskie_FBIDziś nastąpiło kolejne z serii spotkań z kolumbijskim odpowiednikiem amerykańskiego FBI, zwanym tutaj DAS. Okazuje się, że aby otworzyć w Kolumbii konto, konieczne jest posiadanie tutejszego dowodu tożsamości, zwanego cédula, co z kolei związane jest z posiadaniem odpowiedniego rodzaju wizy, której ja, do dnia dzisiejszego, nie posiadałam.

Wszystkie formalności trwają godzinami i najlepszym rozwiązaniem na otrzymanie niezbędnego dokumentu jest przedstawienie ogromnej ilości wszystkich papierów, jakimi dysponujemy w danym momencie, z jeszcze większą ilością pieczątek i podpisów. Nie ważne, czyje one będą…

Kolumbijczycy kochają pieczątki i podpisy, bowiem wielokrotnie podpisany dokument wydaje im się ważniejszy. Trzymając w ręce taki papier, urzędnik czuje się potrzebny. W ten sposób udowadnia jak ciężko i intensywnie (długo) pracuje.  Absolutnie nie szanuje natomiast czasu innych. Każda formalność, nawet najbardziej banalna, wymaga godzin i godzin czekania i, przede wszystkim, świętej cierpliwości petenta. Obcokrajowiec, chcąc załatwić urzędowy drobiazg, powinien przygotować się na wielogodzinne czekanie i najlepiej mieć w plecaku zapas czekoladowych batoników, by nie umrzeć z głodu, stojąc w kolejce.
 
Kiedy tak czekasz i czekasz, nie pozostaje już nic innego, jak zająć się obserwacją pozostałych „skazańców”. Dzisiejszy „ogonek” był całkiem interesujący: zawinięta w chustę Arabka, bardzo posłuszna swojemu mężowi, dwie peruwiańskie zakonnice, amerykański nauczyciel języka angielskiego, para Chorwatów zainteresowanych eksportem kolumbijskich szmaragdów, niemiecka turystka (sporych gabarytów), ekwadorski weterynarz, wenezuelski właściciel statku i polska stypendystka, czyli ja.

Wreszcie wywalczyłam moją wizę. Będzie to już czwarta kolumbijska wiza w moim paszporcie. Wydano mi ją na kolejny rok, tak więc przez kolejnych kilka miesięcy mogę być spokojna.

I cierpliwie czekają…

I_cierpliwie_czekaja

I_cierpliwie_czekajaCechą, która szokuje mnie w mentalności mieszkańców Ameryki £acińskiej, jest fakt, że nigdy się nie buntują i nie walczą o należne im prawa. Obserwuję to zachowanie na każdym kroku i coraz bardziej zaczyna mnie ono irytować.

Przyjrzyjmy się następującym sytuacjom:

1. Wsiadamy do miejskiego autobusu, który zatrzymuje się po kilkanaście minut na każdej sygnalizacji świetlnej, celowo spowalniając jazdę środka komunikacji miejskiej, w poszukiwaniu pasażerów, jako że kierowcy płaci się tutaj od przewożonej osoby (tzw. wojna o centavo (grosz)), dlatego, za wszelką cenę, walczy on o klienta i odbiera pasażerów temu, który jedzie za nim i przed nim. Nikt z pasażerów nie mruknie ani jednego słowa protestu.

2. W banku, kolejkę kikudziesięciu osób obsługuje jeden urzędnik, podczas gdy pozostali pracownicy spożywają w spokoju obiad lub piją kawę.
Nikt z czekających w kolejce nie komentuje. Cierpliwie czekają…

Tytułem konkluzji, krótka opinia zbuntowanego Mario:

Jesteśmy apatyczni, obojętni, pozbawieni inicjatywy, wygodni, mało dynamiczni.
Zawsze czekamy, aż ktoś inny zabierze głos, ktoś inny pokaże twarz. Jesteśmy zbyt leniwi, aby pisać, boimy się protestować, wolimy komentować wydarzenia w korytarzu. Poruszamy się na niskich obrotach.

Kochankowie Bieguna Północnego (Los amantes del Circulo Polar)

Kochankowie

KochankowieDzisiaj, po raz kolejny, nie pamiętam już czy piąty, czy też szósty, obejrzałam jeden z moich ulubionych filmów: „Kochankowie Bieguna Północnego”, hiszpańskiego reżysera, Julio Medema. Za każdym razem, kiedy oglądam ten film, porusza mną bardziej i bardziej… Historia jest prosta – sympatia, namiętność i wreszcie wielka miłość, która rodzi się między Aną i Otto.

Ale to nie miłość jest tym, co wpływa na czar filmu. To cała historia zanurzona w rzeczywistości pełnej przypadków i zbiegów okoliczności, które udowadniają nam, że życie pełne jest sytuacji, których nie sposób wyjaśnić, efektów bez przyczyny…


To, co naprawdę rządzi światem, to zbiegi okoliczności i dzięki jednemu z nich, jestem w tej chwili tutaj… ¯ycie jest zbyt krótkie, aby nie wykorzystać wszystkich szans, które nam ofiaruje, aby nie poznać osób, które stawia na naszej drodze i aby nie starać się go przeżyć jak najaktywniej to możliwe. ¯yjmy więc, bo czasu jest niewiele…

£apacz snów

Atrapasue?os

Atrapasue?osTej nocy, chciałabym podarować Wam indiański łapacz snów, magiczną pajęczynę, która pomoże Wam śnić słodkie sny, która zaprowadzi Was do egzotyczynych miejsc i która pomoże Wam odnaleźć nieznane światy.

 

Moje indiańskie korzenie

Indiańskie korzenie?

Indiańskie korzenie?Nie będę dzisiaj pisać dużo z powodu, który wielu z Was zna, a innych nie chciałam zanudzać. Wczoraj położylam się spać około 3h30 w nocy, ponieważ zlatynizowałam się już na tyle, ze wszystkie obowiązki pozostawiam „na wczoraj” i pracę, którą należało przedstawić na dzisiejszych zajęciach na Uniwersytecie, przygotowywałam noc wcześniej. Na szczęście, zawsze mogę liczyć na moralne i towarzyskie wsparcie ze strony Mario, co rekompensuje mi cierpienia i zarywanie nocy. Dziękuję Ci, Mario.

Jak przystało na rasowego filologa, chciałam się dzisiaj podzielić pewnym spostrzeżeniem natury lingwistycznej. Otóż, podczas ostatniego pobytu w Cali (Departament Valle del Cauca, dla tych, którzy mają kłopoty z rozeznaniem sie na mapie), stałam się świadkiem dość ciekawej sytuacji. Pewna Indianka, ze społeczności Nasa (nazwa zmieniona przez hiszpańskich konkwistadorów na Paez), pochodząca z Jambaló, z północnego regionu Cauca i pracująca w domu pana Lizardo Carvajal, słysząc naszą rozmowę po polsku, stanęła obok i zaczęła nam się z wielką uwagą przysłuchiwać. Później, dowiedziałam się, że fonetyka naszego ojczystego języka brzmiała jej bardzo znajomo i sądziła, że rozmawiamy w jej indiańskim dialekcie, Nasa Yuwe. Rzeczywiście, kiedy powiedziała kilka słów w swoim ojczystym języku, którego używa na codzień, komunikując się z rodziną, wyraźnie dało się zauważyć, że język polski zawiera fonemy indiańskiego języka Nasa Yuwe, no bo skoro jestem w Kolumbii, nie wypada, aby było odwrotnie.

Trzeci ¦wiat

Trzeci Swiat

Trzeci SwiatDziś w Kawowym Dzienniku postanowiłam podzielić się z Wami krótkim listem Alejo, młodszego brata Mario, który wydał mi się bardzo prosty, ale jednocześnie niesamowicie wymowny w swoim przesłaniu i doskonale prezentujący latynoski sentymentalizm, który tak pociąga nas, Europejczków.

Continue reading “Trzeci ¦wiat”

Kawa z pianką

Kawa z pianką

Kawa z piankąPrawdę powiedziawszy, tym kawowym akcentem powinnam rozpocząć pisanie mojego dziennika. Stało się jednak inaczej i teraz nadrabiam zaległości. Po komputerze, kolejnym przedmiotem wyposażenia domu, który wymagał szybkiej wymiany lub przynajmniej naprawy, okazał się ekspress do kawy. Chyba od przegrzania, jako że ekspress „chodzi” w mieszkaniu w Candelarii na okrągło, pękł dzbanek, a jak wszystkim zapewne wiadomo, kupno samego dzbanka nie jest zadaniem łatwym.

Z reguły, kupuje się nową maszynę. No i tak właśnie zrobiłam i dziś jestem najszczęśliwszą kobietą na Ziemi, albo przynajmniej po tej stronie kałuży, jak zwykło się tutaj zdrobniale określać Ocean Atlantycki, który oddziela mnie od rodzinnego domu.

W tej chwili, na kuchennym blacie, stoi najprawdziwszy ciśnieniowy ekspress do kawy, który nie tylko potrafi zrobić pyszne, mocne i czarne espresso, ale ubija mleko na najprawdziwszą piankę… Będę miała od dzisiaj poważny dylemat, czy spędzać popołudnia we francuskiej piekarnii naprzeciw domu, czy pozostać w mojej słonecznej kuchni, z oryginalną kawą według francuskiej receptury. Chyba, że rozwiązaniem będzie robienie konkurencji mojemu sąsiadowi Rogerowi?

El Dorado

El Dorado

El DoradoDziś przy śniadaniu, siedząc przy otwartym oknie z filiżanką pachnącej cynamonem kolumbijskiej kawy, wpatrzona w moją starą juz znajomą, Matkę Boską z Guadalupe, tę samą, do której modlą się i płaczą wszystkie bohaterki latynoskich telenowel, serwowanych nam bez opamiętania we wszystkich krajach europejskich, która w ciągu dnia i nocy zagląda przez moje kuchenne okno, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Kolumbię zwykło się nazywać El Dorado.

 

Po krótkiej chwili, znalazłam odpowiedź, bardzo prostą odpowiedź. Chodzi tutaj oczywiście o złoto, ale nie to twarde, łowione w rzece, ani to, które znamy z kryminalnych filmów – w sztabkach. Kolumbia jest po prostu złota.

 

Złote są soczyste mango, złoty jest kremowy miąższ rosnących tu w niezliczonych ilościach bananów, jakże różniących sie w smaku, od tych zielonych, które przypływają do nas na statkach, dojrzewając pod pokładem… Złote są słodkie ananasy, złote – podłużne kuruby, złote – małe czeresinki, nazywane tu uchuvas, obierane każdego ranka przez tysiące damskich i zmęczonych rąk w biednej dzielnicy San Victorino. Złote sa kwaśne, ale jakże pyszne, kupowane na rynku Spalonego Kija grapefruity, złote – marakuje, znane jako pełne malutkich pestek owoce namiętności. Złote wreszcie, kąpiace się w złotym oleju plasterki słodkiego platana. Złoty jest uśmiech ludzi, złota jest Kolumbia…

 

Mój komputer przemówił

Dzisiejszego ranka, zresztą, jak to co dzień mamy w zwyczaju, pierwszą czynnością było „odpalenie” magicznego urządzenia, które zmniejsza odległości i czyni świat niewielkim.

Niestety, zaskoczył nas śpiący komputer. Nie było realnych szans na jego uruchomienie. Ale to nie jedyna niespodzianka, jakiej przyszło nam doznać dzisiejszego dnia. Kilka minut po moim wyjściu z domu, komputer przemówił – na ekranie wyświetlił napis, który wyglądał następująco (zdaniem Mario): "xgzrzwwxggrdgwdxrrwdgdxgdxdg". Kolumbijski komputer przemówił po polsku! Czy takie zjawisko da sie wytłumaczyć logicznie?