Kolumbijskie służące i niegotujące mamy

Pisałam już kiedyś o mojej kolumbijskiej koleżance z pracy, która wyemigrowała do Kanady w poszukiwaniu lepszego życia, po czym stwierdziła, że nie może tam sobie pozwolić na dziecko, bynajmniej nie ze względów finansowych, a dlatego, że nie ma tam służącej, do jakiej była przyzwyczajona w Kolumbii.

Kilka dni temu odwiedziła mnie w Nowym Jorku moja była szefowa – 30-letnia Juliana, która z kolei podczas sympatycznego pikniku w parku stwierdziła, że Nowy Jork fajny jest na wakacje, ale nie wyobraża ona sobie życia w tym mieście na stałe, bo nie stać by jej tutaj było na stałą pomoc domową, wyprowadzacza psa ani szofera, jakich ma na stałe do pomocy w jej rodzinnym mieście w Kolumbii. Kiedyś takie komentarze dobrze prosperujących Kolumbijczyków, przyzwyczajonych do swojego życia w “szklanej kuli”, jak ja ich nazywam, mnie szokowały. Dzisiaj wywołują już tylko pobłażliwy uśmiech.

Do czego jednak zmierzam? Posiadanie służącej czy też ładniej brzmiącej pomocy domowej w większości domów w Kolumbii (myślę tutaj o klasie średniej i wyższej), jest zjawiskiem absolutnie naturalnym w tym, jakby nie było, mocno podzielonym społecznie kraju. Nikogo nie dziwią w Kolumbii przychodzące codziennie rano do pomocy panie, które zajmują się sprzątaniem, praniem, prasowaniem i gotowaniem obiadów. To zupełnie normalna kolumbijska rzeczywistość. Nie dziwią też duże, luksusowe mieszkania w Kolumbii budowane z dodatkowym apartamencikiem, z własną łazienką i pokojem do spania, który jest przeznaczony dla mieszkającej na stałe w domu służącej, która dostaje w tygodniu jeden dzień wolny, najczęściej niedzielę. To właśnie te panie zajmują się domem i odgrywają rolę, którą w naszych, polskich realiach zajmuje tradycyjnie mama. I to jest właśnie najgorsze.

Wszystkie mieszkające w Bogocie Polki chełpią się gotowaniem. Prześcigamy się w przygotowywaniu tradycyjnych polskich potraw, takich jak bigos, pierogi, żurek czy barszcz. Zawiadamiamy się o odkryciu sklepu, w którym zdobyć można kiszoną kapustę, pierniki czy powidła śliwkowe. Przywozimy z Polski ze strachem, że celnicy wykryją w naszych walizkach zabronione do wwożenia i niedostępne w Kolumbii artykuły, takie jak masa makowa, cukier waniliowy, chrzan, kisiel czy pakowane próżniowo wędliny i potem dzielimy się tym łupem, dzieląc go na tysiąc porcji, aby starczył na jak najdłużej. Kiedy udaje nam się upiec coś pysznego, zamieszczamy zdjęcia tego cuda na Facebooku, budząc zazdrość albo podziw naszych polskich koleżanek. Dla nas bowiem – “Matek Polek” gotowanie to symbol domu, ogniska domowego, rodziny i coś co sprawia, że się spełniamy, że dobrze pełnimy nasze życiowe role narzeczonych, żon, matek…

Dla młodych Kolumbijek jest to absolutnie nieważne. To nawet często obciach. Przecież od gotowania są służące. Dlatego właśnie w Kolumbii bardzo często mamy nie potrafią gotować a dzieci nie wynoszą z rodzinnych domów, jak my, charakterystycznych smaków czy dań z dzieciństwa, gdyż przy zmieniających się co jakiś czas służących, jest to niemożliwe. Tradycyjny obiad w takim kolumbijskim domu z pomocą domową to niezdrowy, olbrzymi talerz tuczących węglowodanów: ryżu, juki (manioku), ziemniaków i platana, trochę mięsa i znikoma ilość warzyw. Czasami jest to kawałek zielonej sałaty z plasterkiem pomidora i cebuli, czasami umazana majonezem biała surowa, kapusta i praktycznie nic więcej. Mimo tego ogromnego bogactwa warzyw, w większości kolumbijskich domów tych warzyw się nie jada.

Będąc w Nowym Jorku u mojego kolumbijskiego przyjaciela, który już od ponad 10 lat nie był w Kolumbii, postanowiłam zrobić mu pewnego popołudnia niespodziankę. Udałam się do sklepu i kupiłam wszystkie składniki na tradycyjną, kolumbijską potrawę o mało atrakcyjnej nazwie “sudado” czyli “spocone danie”. Potrawa ta to gotowany kurczak z juką i ziemniakami w delikatnym rosołku z dodatkiem startego pomidora, szczypiorku, cebuli i zielonej pietruszki. Podałam mu to danie z nadzieją, że przypomni mu ono chwile spędzone w rodzinnym domu, gdzie “sudado” przygotowuje się bardzo często, jako że nie wymaga ono długiego gotowania. Peter spałaszował cały talerz, wyraźnie zadowolony, po czym na moje pytanie, czy choć trochę przypomina “sudado” jego mamy, odparł:

“Moja mama nigdy w domu nie gotowała. Zawsze mieliśmy od tego służącą, a one zmieniały się co jakiś czas, tak że nie pamiętam żadnego konkretnego dania. To jest natomiast najlepsze sudado jakie jadłem do tej pory.”     

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *