Kolumbijskie poranki

Lubię kolumbijskie poranki. Wtedy bowiem niemal codziennie świeci słońce (deszcz pada dopiero po południu), stolica budzi się w jakimś takim nieodgadnionym nastroju, zadając sama sobie pytanie: Co przyniesie nowy dzień?

Po wysłuchaniu porannych wiadomości (najczęściej nie najlepszych), wypiciu przepysznej, świeżo spażonej kawy (koniecznie w skarpetce) i schrupaniu tostów z dżemem marakujowym, wybywam do pracy. A że pracę mam dosłownie za rogiem, 300 metrów od domu, nie muszę, jak większość mieszkańców Bogoty rezydujących w sypialnianych częściach miasta, spędzać dwóch godzin w samochodzie w jedną stronę. Jednym bowiem z podstawowych problemów kolumbijskiej stolicy są gigantyczne korki i brak alternatywnych dróg dojazdowych. W godzinach porannych i popołudniowych Bogota jest po prostu „zatkana” i przygotować należy się na kilkugodzinne stanie w korku.

Ponieważ korki mnie nie dotyczą, idę sobie spacerkiem do pracy. Po drodze przystaję na moment przy ulicznym straganie, na którym miła pani wyciska naturalny sok z pomarańcz. To najlepszy moment na doładowanie się porządną dawką witamin.

Sok pomarańczowy

Z kubkiem aromatycznego, pomarańczowego napoju, wchodzę do budynku Ministerstwa. Magnetyczna karta, otwarta bramka, rejestr laptopa i już wjeżdżam szybką windą na moje piętro 35. Z okna rozciąga się przepiękny widok na południową część miasta.

Lubię tę porę dnia – kolumbijskie poranki, pachnące pomarańczami i kawą i przeczuciem, że to będzie kolejny, dobry dzień.

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *