Kolumbijskie FBI

Kolumbijskie_FBIDziś nastąpiło kolejne z serii spotkań z kolumbijskim odpowiednikiem amerykańskiego FBI, zwanym tutaj DAS. Okazuje się, że aby otworzyć w Kolumbii konto, konieczne jest posiadanie tutejszego dowodu tożsamości, zwanego cédula, co z kolei związane jest z posiadaniem odpowiedniego rodzaju wizy, której ja, do dnia dzisiejszego, nie posiadałam.

Wszystkie formalności trwają godzinami i najlepszym rozwiązaniem na otrzymanie niezbędnego dokumentu jest przedstawienie ogromnej ilości wszystkich papierów, jakimi dysponujemy w danym momencie, z jeszcze większą ilością pieczątek i podpisów. Nie ważne, czyje one będą…

Kolumbijczycy kochają pieczątki i podpisy, bowiem wielokrotnie podpisany dokument wydaje im się ważniejszy. Trzymając w ręce taki papier, urzędnik czuje się potrzebny. W ten sposób udowadnia jak ciężko i intensywnie (długo) pracuje.  Absolutnie nie szanuje natomiast czasu innych. Każda formalność, nawet najbardziej banalna, wymaga godzin i godzin czekania i, przede wszystkim, świętej cierpliwości petenta. Obcokrajowiec, chcąc załatwić urzędowy drobiazg, powinien przygotować się na wielogodzinne czekanie i najlepiej mieć w plecaku zapas czekoladowych batoników, by nie umrzeć z głodu, stojąc w kolejce.
 
Kiedy tak czekasz i czekasz, nie pozostaje już nic innego, jak zająć się obserwacją pozostałych „skazańców”. Dzisiejszy „ogonek” był całkiem interesujący: zawinięta w chustę Arabka, bardzo posłuszna swojemu mężowi, dwie peruwiańskie zakonnice, amerykański nauczyciel języka angielskiego, para Chorwatów zainteresowanych eksportem kolumbijskich szmaragdów, niemiecka turystka (sporych gabarytów), ekwadorski weterynarz, wenezuelski właściciel statku i polska stypendystka, czyli ja.

Wreszcie wywalczyłam moją wizę. Będzie to już czwarta kolumbijska wiza w moim paszporcie. Wydano mi ją na kolejny rok, tak więc przez kolejnych kilka miesięcy mogę być spokojna.

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *