Kolumbijska normalność czyli przelatujące nad głową kolibry i mandarynki z własnego drzewka

Mieszkam prawie od dziesięciu lat w Kolumbii ale pewne sytuacje, zupełnie naturalne w tym kraju, nie przestają mnie zachwycać.

Bo jak tu przejść obojętnie obok uginającego się pod ciężarem owoców drzewka mandarynkowego, które wydaje się namalowane, a jednak rośnie na wprost okien jadalni mojej teściowej i z którego wcześnie rano sympatyczna María zrywa najbardziej dojrzałe owoce i wyciska z nich przepyszny, naturalny sok. Tego soku trzeba się napić natychmiast, gdyż, jak oznajmia mi moja, kolumbijska mama, po 15 minutach od wyciśnięcia cytrus nie nadaje się do picia, gdyż robi się kwaśny. 🙂

Drzewko mandarynkowe mojej teściowej
Drzewko mandarynkowe mojej teściowej obsypane owocami dwa razy do roku.

A jeśli do pysznego, słodkiego i aromatycznego soku z tyle co zerwanej z własego drzewka soczystej mandarynki dodamy przelatujące wokół głowy niczym miniaturowe samolociki dziesiątki kolibrów, które popijają wodę z dużą ilością cukru wieszaną dla nich codziennie rano w specjalnych buteleczkach z otworami pod dachem tarasu, naprawdę niewiele już potrzeba do szczęścia.

Koliberek w Kolumbii
Koliberek w nizinnej części Kolumbii.
/Fot. Flickr – Ed Lusk/
 
Kolumbijskie koliberki pijące wodę z cukrem
Kolumbijskie koliberki pijące wodę z cukrem z tzw. "biberones" czyli butelek.
/Fot. Flickr – Margot Oud-Pouw/

Kolumbijski świat zachwyca mnie każdego dnia od nowa…

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *