|
Jest w Kolumbii kilka fajnych zachowań, które zaczyna się dostrzegać przy dłuższym pobycie w tym kraju i do których człowiek się przyzwyczaja, ale które nie przestają wywoływać u mnie delikatnego uśmiechu. O niektórych z nich wspomniał w swoim artykule mój ulubiony, kolumbijski dziennikarz – Gustavo Gómez. A ja pozwalam sobie poszerzyć temat o moje własne obserwacje.
Kolumbijskie imiona są najczęściej dwuczłonowe, a czasami i dłuższe. Jeśli do takiego imienia dodamy jeszcze dwa nazwiska rodowe, sprawa zaczyna się robić komiczna. I tak, na przykład, kiedy siedząca obok mnie koleżanka z pracy bierze do ręki słuchawkę telefonu i po raz osiemnasty tego samego dnia słyszę prezentację w stylu:
Dzień dobry, mówi Paola Andrea Valencia Cossio, czy rozmawiam z Juanem Carlosem Rodríguez Peña?
(nie wspominając o następujących po tym wprowadzeniu 5 minutach pozdrowień)
po prostu wybucham śmiechem, bo mam wrażenie, że biorę udział w latynoskiej telenoweli, gdzie wszyscy nazywają się José Antonio, Martha Milena, Mario Andrés, Ana Isabel, itd. A ja z moim skromnym trzyliterowym imieniem i tylko jednym nazwiskiem (co sugerować mogłoby w Kolumbii, że jestem dzieckiem samotnej matki) jakoś tu nie pasuje.
Głodny Kolumbijczyk, albo dosłownie, Kolumbijczyk, który nie zjadł obiadu, jest człowiekiem nieszczęśliwym. Od samego rana w kolumbijskich biurach rozmowa toczy się wokół tematu, gdzie będziemy jeść obiad i nieistotne jak ważne mamy zadania na dany dzień, o godzinie 13:00 może się wszystko walić, ale trzeba na ten obiad pójść. A po nim, znowu będziemy rozmawiać, tym razem na temat, co dzisiaj zjedliśmy...
A skoro jesteśmy już przy temacie obiadu, po nim obowiązkowo należy się napić kawy. Idziemy więc do kawiarni, w której Kolumbijczyk zawsze zadaje pytanie w ten sam sposób:
Podaruje mi Pani kawkę?
Kawka zawsze w zdrobnieniu i oczywiście forma pytania związana z darowaniem, skoro wiadomo wszem i wobec, że się za tą kawę ostatecznie płaci. Nawyk tego darowania jest już u mnie tak silny, że ostatnio dziwnie reagowano na moje pytania o filiankę café cortado w Hiszpanii, nie rozmiejąc, dlaczego mają mi ją dać w prezencie.
- Ananas – dosłownie wszędzie
Kolumbijczycy uwielbiają ananasy dosłownie do wszystkiego. Nie jest więc niczym dziwnym pizza z ananasem czy też hot-dog, który na majonezie ma porządną dawkę sosu ananasowego. W grudniu natomiast gust ananasowy wzrasta i wtedy sos dodaje się już niemal do wszystkiego.
Wiele jest w Kolumbii zawodów “emergentes”, czyli pojawiających się z powodu ewidentnych potrzeb. Jednym z nich jest zatrudnianie przed parkingami czy też restauracjami na drogach łączących kolumbijskie miasta osób, których jedynym zadaniem jest machanie czerwoną szmatą i niekoniecznie po to, aby zdenerwować byka, a zwrócić uwagę przejeżdżającego kierowcy. A prawda jest taka, że ta czerwona szmata działa...
Temat się rozciągnął, dlatego też będzie kontynuowany... | Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
|
O panach ze szmatką (Dodane przez Justyna w dniu - 2009-01-03 17:34:38) W Meksyku pan z czerwoną szmatą to "franelero" albo potocznie "el viene-viene". Poza machaniem szmatką zajmują się gwizdaniem (w Meksyku gwizdanie to troche jak osobny język) żeby dać znać kierowcy żeby dalej wycofywał auto. Są ciekawym fenomenem, bo właściwie nie robią zbyt wiele, a bywa, że dzieki napiwkom potrafia zarabiać więcej miesięcznie niż np. sekretarka średniej firmy. | (Dodane przez izka w dniu - 2008-12-04 17:03:12) tez chciałabym od rana w pracy mysleć tylko o obiecie na który pójdę o 13, niestety nic z tego:) | Ci Kolumbijczycy....... (Dodane przez Ewelina w dniu - 2008-12-04 12:41:11) Już nie moge sie doczekać kontynuacji tematu. My Polacy też mamy swoje "zachowania", ale Kolumbijczycy w takich chwilach są tacy ..... rozbrajający. |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |