W Kolumbii nauczyłam się prezentować tak, aby rozmawiająca ze mną osoba przekonana była, że w moim fachu jestem najlepszym ekpertem. Nauczyłam się demonstrować, że jestem osobą konkretną, profesjonalną, kompetentą i że wiem, co potrafię. Śmieszne to ale konieczne na kolumbijskim rynku pracy, który jest najtrudniejszą szkołą przetrwania, jaką miałam do tej pory okazję poznać.
Początki były jednak zupełnie inne. Przyjeżdżając do Kolumbii, byłam nieśmiałą, 23-letnią osóbką i świeżo upieczonym magistrem. Na wstępie moich poszukiwań pracy w tym południowoamerykańskim kraju zachowywałam się jak przystało na uczciwą osobę, przybywającą z odległej, słowiańskiej kultury. Na pytanie, ile czasu potrzebuję na zamknięcie wszystkich dotyczczasowych spraw i rozpoczęcie pracy, odpowiadałam, że około tygodnia. Dla potencjanych pracodawców oznaczało to, że nie jestem osobą „rozrywaną” ani bardzo zajętą, w związku z czym zapewnienia o oddzwonieniu i potwierdzeniu zatrudnienia, kończyły się niczym.
Po kilkuletnim pobycie w Kolumbii i ostatecznie kilku doświaczeniach w różnych firmach i instytucjach, wiem już, że takie załatwianie sprawy nie było strategiczne ani tym bardziej inteligentne. Ale skąd miałam o tym wiedzieć?
W chwili obecnej, mimo posiadania niezwykle satysfakcjonującej pracy w moim zawodzie; pracy, w której jestem doceniana, szanowana, chwalona, itd. od czasu do czasu pojawiają się oferty zatrudnienia, które na dzień dzisiejszy zdecydowanie odrzucam. Zadowolona bowiem jestem z tego, co mam.
Kilka dni temu, zadzwoniono jednak do mnie z niezwykle prestiżowej instytucji, gdzie pozostało przed kilkoma miesiącami moje CV i gdzie miałam ogromną ochotę pracować. Wtedy jednak nic z tego nie wyszło. Teraz, miła pani dyrektor, którą kojarzyłam już z poprzedniego kontaktu, poprosiła mnie na spotkanie. Wiedząc, że nie dysponuję czasem, który pozwoliłby mi na przyjęcie nowych obowiązków i pracę na drugi etat, udałam się w ustalone miejsce o ustalonej porze po to tylko, aby wysłuchać, co mają mi do zaproponowania. Okazało się, że tym razem nie było to już kolejne interview, ale konkretne spotkanie, na którym oznajmniomo mi, że zostałam przyjęta na stanowisko, o jakie ubiegałam się kilka miesięcy temu. Tak po prostu! Bez pytania, czy w ogóle mnie to interesuje. Następnie pojawiło się klasyczne pytanie: Ile czasu potrzebuje Pani na uregulowanie dotyczczasowych spraw i rozpoczęcie pracy u nas?
Mimo, iż taki stan rzeczy zadowolił mnie, policzyłam do dziesięciu i spokojnie odpowiedziałam to, czego zdążyłam się już w Kolumbii nauczyć, a mianowicie, że jestem baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo zajęta w tej chwili, mam strasznie dużo pracy, kończę pisanie drugiej książki, występuję w dziennikarskim konkursie całego dystryktu Bogoty, dzień jest dla mnie za krótki i ewentualnie mogłabym przyjąć tę pracę, ale tylko na pół etatu, wykonując ją z domu, nie chodząc codziennie do biura, bez określonych godzin pracy i dopiero po powrocie z podróży do Europy (czytaj Gwiazdka w domu, ale tego wiedzieć nie muszą), jaką mam przewidzianą na przełom grudnia i stycznia.
Myślałam, że po takiej wypowiedzi, pani dyrektor grzecznie mi podziękuje i zakończy naszą miłą pogawędkę. A tu... Pani patrzy na mnie z uznaniem, kiwa głową ze zrozumieniem i stwierdza, że skoro jestem tak bardzo zajęta, muszę być kompetentna. W związku tym firma poczeka do połowy stycznia, ale kontrakt możemy podpisać już.
Czy to nie dobra strategia??? Aby się jej jednak nauczyć potrzebowałam czterech lat.
Napisz komentarz
- Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej.
Komentarze
(Dodane przez
w dniu - 2007-10-08 12:51:33) Mimo tego ze potrzebowala Pani tyle czasu by sie tego nauczyc, moim zdaniem warto bylo, bo w ogole wydaje mi sie ze warto jest popelniac bledy, bo dzieki temu wiele rzeczy sie uczymy. Pozdrawiam:*
(Dodane przez Ewa w dniu - 2007-10-08 10:32:45) Hej Taita:
W moim przypadku nie chodzilo o klamanie, zreszta w wykonywanym przez mnie zawodzie, nie ma nawet sensu takie zachowanie, bo w czasie realizacji pracy trzeba sie wykazac posiadanymi kompetencjami i osoba, ktora troche podkoloryzowala podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bedzie miala predzej czy pozniej problemy.
W przypadku Kolumbii nalezy po prostu pokazac, ze jest sie osoba wyjatkowo zajeta, poszukiwana i rozrywana. I tylko tyle. CV, dyplomy i posiadane kwalifikacje musza byc jednak prawdziwe. Czasami bowiem czlowiek jest zbyt skromny we wlasnej prezentacji i kierowany strachem czy stresem nie mowi wszystkiego, co potrafi, albo nie wspomina o pewnych wrodzonych talentach, jakie posiada, myslac, ze sa one nieistotne. W zwiazku z tym osoba gorzej od nas przygotowana, ale bedaca wieksza gadula, zdobywa wymarzona przez nas prace.
(Dodane przez taita.blog.onet.pl w dniu - 2007-10-08 10:19:21) Człowiek całe życie uczy się na własnych błędach. To zupełnie normalne, że o wielu rzeczach nie wiedziałaś, kiedy przyjechałaś do Kolumbii. W zyciu są czasem takie sytuacje, kiedy trzeba kłamać, szczególnie chętnie jest to praktykowane, kiedy chodzi o pracę. Przyjechałam do Irlandii piętnaście miesięcy temu i szukając pracy, wychodziłam z założenia, że trzeba byc uczciwym. Podawałam prawdziwe kwalifikacje, prawdziwe, zdobyte doświadczenie... Okazało się, że niekiedy prawdomówność nie popłaca, bo pracę dostawali ci, którzy wyolbrzymiali swoje kompetencje, a w CV znajdowały się historyjki wyssane z palca. Pozdrawiam serdecznie z Zielonej Wyspy.
(Dodane przez Girasole w dniu - 2007-10-07 10:48:06) Przyjemnie się to czyta.Uwielbiałam te czasy kiedy i ja byłam permanentnie zajęta, fantastycznie zorganizowana i jeszcze mnie chciano gdzies indziej. boże zeby te czasy wrocily. mam nadzije ze to troche teks dla mnie:-)Muchas gracias....