|
Tego popołudnia Mario zaproponował mi coś interesującego. Tym razem nie mieliśmy iść ani do kina, ani do parku. W planach nie było również lodów. Pomysł był następujący – idziemy na stadion obejrzeć mecz.
To był strzał w dziesiątkę i przygoda, którą mam ochotę szybko powtórzyć. Dawno już serce nie biło mi jak oszalałe, emocje nie rosły z taką szybkością i nie wychodziła mi gęsia skóra.
Lubię futbol, zawsze lubiłam, a w Kolumbii, gdzie piłka nożna uważana jest za sport narodowy moja pasja się tylko umocniła. A że sport ten budzi pasję – nie trzeba nikogo przekonywać i że Kolumbijczycy szaleją na jego punkcie – o tym wiedzą chyba wszyscy. Poczuć jednak na własnej skórze ten histeryczny krzyk kibiców, poruszać się na trybunie, która wygina się pod skokami radości, być częścią tego zbiorowego szaleństwa i krzyku 30 tysięcy osób na raz jest czymś nieopisanym.
Tak właśnie wyglądał mecz, który obudził w nas wiele uśpionych pasji. W tę sobotę América de Cali – ukochana drużyna piłkarska mojego męża, a w efekcie również i moja zmierzała się z Santa Fe – jedną z drużyn kolumbijskiej stolicy, która nie jest może najlepsza, ale ma wiernych kibiców, którzy niezależnie od jej potyczek czy zwycięstw dzielnie jej dopingują i nie pozwalają powiedzeć na nią jednego, złego słowa.
O 18:20 rozpczął się mecz. Słońce zaczynało już zachodzić na dobre (jak to w Kolumbii), a niebo przechodziło z jasno-niebieskiego do błyszcząco-czarnego. Stadion wypełnił się reflektorami, jaby zaczynał się spektakt teatralny. Zabrzmiały bębny, muzyka i śpiewy. Wszystkie trybuny wypełniły się czerwienią, gdyż stroje obydwóch drużyn są czerwone, z tym wyjątkiem, że Santa Fe posiada dodatkowo element biały (prawie jak nasza polska reprezentacja).
Usiedliśmy w sektorze “amerykańskim”, we wschodniej części stadionu i rozpoczęło się to, co Kolumbijczycy określają jako rumba:
Dawaj, dawaj czerwony! (¡Dale, dale, dale Rojo!)
Świętuj z ławką diabła! (tak określana jest América) (¡Celebra con la barra del diablo!)
Dziś musimy wygrać! (¡Hoy tenemos que ganar!)
Co jakiś czas, jakby była to corrida, kiedy tylko któryś z piłkarzy podał piłkę do swojego kolegi z drużyny, unikając przeciwnika, cały stadion zaczynał krzyczeć: Ole, ole!
Mecz trwał, a ja upajałam się panującą atmosferą. Ale co to za mecz bez goli? Ledwie zaczęłam o tym myśleć, odwracając głowę w kierunku wielkiego ekranu, który przybliżał piłkarzy, do bramki wpadł pierwszy gol. Santa Fe 1, América 0. Pierwszy gol, a ja nie zdołałam go zobaczyć... Oczywiście na stadionie nie ma powtórki jak w telewizji w domu, kiedy to w momencie kiedy piłka wpada do bramki, jestem w kuchni, nalewając sok, albo smażąc naleśniki. Począwszy od tego momentu, skupiłam się bardziej na grze. I warto było, gdyż kilka minut później nastąpił drugi gol – tym razem América. Stadion oszalał, kibicie krzyczeli, papierki fruwały, parasole tańczyły. Nieznajomy pełen tatuaży zaczął mnie ściskać. Niesamowita radość!
W drugiej połowie, na kilka minut przed zakończeniem meczu Santa Fe wbiła kolejnego gola. Wynik meczu: Santa Fe 2: América 1. Tym razem nie wygraliśmy, ale doświadczenie i uczestniczenie w meczu na żywo, wśród radości 30 tysięcy Kolumbijczyków okazało się przygodą, której szybko nie zapomnę. | Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
|
(Dodane przez w dniu - 2008-11-23 15:18:49) sa mocne druzyny wv kolumbi np milionores bogota deportivo cali | Pamietacie mecz Polska-Kolumbia w Chorzo (Dodane przez Basia w dniu - 2008-08-25 05:30:30) Ewciu, ciekawa jestem jakie musialy byc wrazenia Kolumbijczykow po meczu z Polska w 2006 r w Chorzowie, gdzie niejaki Tomasz Kuszczak przepuscil bramke bezposrednio od kolumbijskiego bramkarza. Hahaha! To dopiero byly emocje!!! |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |