|
W Kolumbii jest ciekawie.
Jak nie atak partyzantki, czy podłożona bomba, to trzęsienie ziemi albo wybuch wulkanu. Tym razem jednak sprawa wymknęła się spod kontroli.
Centrum Bogoty, po którym dziennie przemieszcza się 1.600.000 samochodów, utknęło w korkach, zgasło 11 tysięcy semaforów, zamknięto kawiarnie, restauracje i banki, stanęły windy, zablokowane zostały systemy komputerowe, telefony komórkowe i linia straży pożarnej, ucierpiały szpitale, przerwała działalność giełda w Bogocie.
W Cartagenie i Barranquilli zabrakło wody pitnej; w Cali ewakuowano gubernatora i burmistrza, sądząc, że to atak terrorystyczny; w Bucaramandze policyjne kamery przestały funkcjonować, a w Medellín stanęło metro. Uratowała się wyłącznie, należąca do Kolumbii karaibska wyspa San Andrés, położona blisko Nikaragui, która posiada własny system elektryczny, niezależny od lądowej części kraju.
Była godzina 10 rano, a ja siedziałam przed komputerem w Kancelarii Prezydenta Bogoty na 36 piętrze jednego z najwyższych i najważniejszych budynków miasta, analizując informacje prasowe, aktualizując Intranet i popijając serwowaną o tej porze kawę, jak przystało na kolumbijskiego urzędnika państwowego.
W pewnym momencie zgasło światło i wyłączyły się komputery. Po kilku minutach otrzymaliśmy informację, iż prądu nie ma w całej Kolumbii. Wtedy wybuchła konsternacja.
W całym kraju miliony Kolumbijczyków, używając samochodowego radia i telefonów komórkowych (póki jeszcze działały), próbowały dowiedzieć się, co się tak naprawdę stało.
Po jakimś czasie w radio wystąpił Minister Obrony Kolumbii - Juan Manuel Santos zapewniając, że nie był to atak partyzantki. Informację potwierdzili rzecznicy koncernów energetycznych działających w tym kraju i rzecznik prasowy samego Prezydenta Kolumbii. Przedstawiane wersje różniły się jednak od siebie dość znacząco. Jedni specjaliści (Interconexion Electrica) tłumaczyli, iż wielogodzinne (jak się okazało) odcięcie prądu w całym kraju spowodowane było ludzkim błędem. Podobno któryś z robotników w energetycznej stacji na północy Bogoty – Torca, naprawiając przycisk, zepsuł go, powodując narodową awarię. Inni natomiast (XM) próbowali dowodzić, iż nastąpiło przeciążenie linii, w wyniku którego wszystko zgasło.
Mnie nie chce się za bardzo wierzyć, że w wyniku nieodpowiedniego naciśnięcia przycisku, dochodzi do wielogodzinnego (w sumie 4,5 godziny) wyłączenia prądu na terenie całego, 45 milionowego kraju. Natychmiastowe wystąpienia przestawicieli rządu, broniących i opiewających wręcz politykę „demokratycznego bezpieczeństwa”, z wprowadzenia której słynie prezydent Uribe, i zapewniających, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że to żaden problem, że w godzinie szczytu, kiedy cała Kolumbia pracuje, gaśnie na ponad 4 godziny światło, też wydawały mi się przesadzone i kazały mi myśleć, że próbuje się ukryć prawdziwy stan rzeczy, co w Kolumbii jest na porządku dziennym.
Polska prasa, nie wiem z jakiego źródła, wbrew opiniom kolumbijskich polityków, poinformowała natomiast, że „Przyczyną blackoutu stulecia były akty sabotażu dokonane przez lewacką partyzantkę kolumbijską (...). Władze przypuszczają, że do sabotażu doszło niedaleko Bogoty, ale nie ustaliły jeszcze w jakim miejscu.”
Nie wiem, komu wierzyć... Nie zważając jednak, czy był to atak partyzantki czy też błąd robotnika, musiałam na obcasach zejść 36 pięter z wieżowca, w jakim pracuję, dotrzeć do domu i wejść kolejnych 7 pięter do mieszkania, z powodu niedziałających wind. W życiu nie pokonałam tylu stopni. | Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |