|
Do Kolumbii wróciłam zaledwie trzy tygodnie temu, a już miałam okazję uczestniczyć w dwóch sytuacjach, które przyprawiły mnie o zawrót głowy, zdenerwowanie i trochę ironicznego uśmiechu.
Kolumbia ma swój charakter, czasami nieco absurdalny (pewnie jak i inne kraje, bo żaden nie jest idealny). Dlatego też niektóre rzeczy budzić mogą oburzenie i sprzeciw. Tym razem będzie o uniwersytetach i salonach samochodowych. Obie historie są prawdziwe i nie ma w nich cienia fantazji, choć dla osób postronnych mogłoby to tak wyglądać.
Jak dostać się na wirtualny uniwersytet?
Sprawę znam z autopsji, gdyż bliska koleżanka w mojej obecności zbierała dokumenty, które postanowiła złożyć na kierunek Komunikacja Społeczna na Narodowym Uniwersytecie w Cali. Studia mają się odbywać w systemie wirtualno-zaocznym. Wszystko brzmi normalnie. O co więc chodzi?
Dokumenty, jakie należy złożyc, żeby się na taki uniwersytet dostać (na wszystkie kierunki, nie tylko na Komunikację), to oczywiście fotokopia zdania egzaminu maturalnego, dowód osobisty, zdjęcia, jakaś opłata i zaświadczenie lekarskie, które stwierdza, że osoba ubiegająca się o dostanie na studia nadaje się do życia w grupie. Nie żartuję! Nazwa brzmi absurdalnie, ale taki jest wymóg i nieistotny jest fakt, że te akurat studia odbywają się w 80% przez internet, więc nie trzeba być wyjątkowo towarzyskim, aby się na nie nadawać. Jeśli jednak przyjmiemy, że raz na dwa tygodnie studenci spotykają się na wspólnych zajęciach (zjazdach), ważne jest, żeby potrafić się jakoś zachować w grupie, a nie być jakimś „dzikusem”.
Gdzie jednak taki dokument „nadawania się do życia w grupie” zdobyć. Kto wydaje taki certyfikat: lekarz rodzinny, psycholog, psychiatra?
Razem z koleżanką udałyśmy się więc do ośrodka zdrowia, aby zapytać, kto takie zaświadczenie może nam wypisać. Pani recepcjonistka nie była zbyt dobrze poinformowana i kazała nam rozmawiać z szefową pielęgniarek. Ta natomiast poinformowala nas, że aby otrzymać taki dokument koniecznie należy wykonać badanie krwi.
Takie postawienie sprawy wydawało mi się nieco dziwne, bo w jakich wynikach badania krwi wychodzi, czy człowiek nadaje się do życia w grupie? Pytam więc pani pielęgniarki, o jakie dokładnie badanie krwi chodzi. Pani, zupełnie poważnie, odpowiada: "Należy sprawdzić czy badany nie cierpi na syfilis. Tego wymaga prawo!"
(tutaj następuje szok) ... ... ...
Syfilis, jak powszechnie wiadomo, jest chorobą weneryczną, przenoszoną drogą kontaktu płciowego. Co ma więc piernik do wiatraka? Czy to ma znaczyć, że jeśli w Kolumbii ktoś zaczyna studia, jest to równoznaczne z podjęciem życia seksualnego? A może nie podejmuje tylko je uaktywnia, bo chyba tak należałoby to rozumieć? Czyli, krótko mówiąc, studiowanie w Kolumbii = seks.
Koleżanka zrobiła wielkie oczy, a ja zaczęłam się histerycznie śmiac, bo cała ta konwesacja wydawała mi się absurdalna. Przecież chodzi o młodą osobę, która chce zapisać się na studia i chce się uczyć, a nie szukać partnerów. Poza tym, te studia mają być WIRTUALNE. Z drugiej jednak strony, takie postawienie sprawy jest niebezpieczne, bo jeśli rzeczywiście takiego certyfikatu wymaga kolumbijskie prawo, to czy ono oznacza, że jeśli ktoś rzeczywiście choruje na syfilis, nie może się kształcić? A co w takim razie z osobami chorującymi, na przykład, na AIDS? Czy one również nie mają prawa studiować w Kolumbii? Przecież to jawne łamanie praw człowieka i blokowanie dostępu do edukacji?
Jak sprzedać samochód?
A teraz druga sprawa, jeszcze bardziej beznadziejna od tej poprzedniej.
Udaliśmy się dzisiaj do salonu Renault w Bogocie (chodzi dokładnie o Sincromotors, żeby tam już nikt nic nie kupował), gdzie zakupiliśmy dwa lata temu nowy samochód – prosto z fabryki. Wtedy też, w momecie podpisywania umowy zakupu, powiedziano nam, że jego gwarancja trwa 2 lata lub 50 tysięcy kilometrów i że po upływie tego czasu możemy samochód przywieźć z powrotem, a salon sam zajmie się jego sprzedażą. My natomiast kupimy nowy samochód i zapłacimy tylko za jego różnicę. Normalna sprawa, jak w każdym innym kraju.
Po dwóch latach korzystania z samochodu, z którym nie było żadnych problemów, z przebiegiem zaledwie 37 tysiący kilometrów, udaliśmy się do salonu, aby go tam zostawić i wybrać nowy model – na gwarancji, jak poprzednio.
Technicy Sincromotors obejrzeli nasze autko, zrobili mu jakiś przegląd i wyciągnęli daleko idący wniosek, że wymieniliśmy w samochodzie dach. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie takiego komentarza. Podobno podczas ekspertyzy wyszło im, że farba na dachu ma inną grubość niż reszta karoserii, co oznacza (zdaniem tych panów), że na pewno w wyniku gradobicia albo innego tajfunu, wymieniliśmy w nim dach. Najgorsze jest jednak to, że w związku z powyższym komentarzem, samochodu, który był autentycznie pieszczony i wygląda jak nowy nam nie przyjmą do wymiany na inny model. Krótko i zwięźle – możemy się ugryźć.
Najgorsze jest to, że samochód co 10 tysięcy kilometrów (czyli już trzykrotnie) przeglądany był przez tych samych ekspertów i w jego książeczce gwarancyjnej nie zauważono zmiany dachu, nawet podczas ostatniego przeglądu, który miał miejsce w grudniu 2007. Nigdy też żaden inny warsztat czy salon nie dotykał tego samochodu, bo nie było takiej potrzeby. Samochód nie miał ani żadnego wypadku, ani nie stał na otwartym powietrzu podczas gradobicia, tylko zawsze pod dachem. Może więc dach wymieniony został przez Sincromotors podczas jednego z przeglądów, bo tylko w ten sposób byłoby to możliwe?
Z drugiej strony, z tego co ja wiem, podczas gradobicia (gdyby prawdą było to, co sugeruje pan technik, że wymieniliśmy dach, bo był on powgniatany przez padający grad), grad pada na cały samochód, łącznie z maską, a nie magicznie tylko na dach i to nawet w Kolumbii, gdzie króluje realizm magiczny. Jeśli więc dach byłby powgniatany z powodu gradu, powgniatana byłaby również maska, która też byłaby wymieniona, a ekspertyza wykazała, że wymieniliśmy tylko dach, a maska nie posiada ani jednego wgłębienia. Niesamowity więc ten kolumbijski grad, który pada w linii prostej tylko na dach mojego samochodu i nigdzie więcej.
Cała sprawa jest niesmaczna. Ponieważ jednak w Kolumbii winnym jesteś dopóki nie udowodnisz, że jest inaczej, w tym wypadku winnymi bez realnej winy jesteśmy my. A co zyskał Sincromotors? Otóż stracił wiernego klienta, którego posiadał od dwóch lat; klienta, który płacił za przeglady samochodu, tak jak sugeruje książeczka Renault (a jak wiemy, salony samochodowe tak naprawdę nie żyją ze sprzedaży nowych samochodów tylko z naprawy tych używanych) i klienta, który chciał kupić nowy samochód w tym samym salonie. Ale oszukany i urażony klient już nie będzie kupował w Sincromotors, tylko pójdzie do innego salonu, gdzie potraktują go uczciwie i nowym już Renaut (bo co do marki, to jesteśmy przekonani) przyjedzie do dyrektora Sincromotors pomachać mu na nosie.
| Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
|
Zadne absurdy tylko taki eufenizm (Dodane przez Andrzej w dniu - 2008-04-19 13:51:56) Im wiecej krjow odwiedzam tym mniej sie dziwie temu co widze. Ale najbardziej bylem zaskoczony absurdami w Polsce, byc moze po 20 latach zmienia sie horyzont, ale co dla jednych jest normalne u innych wywoluje szok!!! pzdr. | Jak sprzedać samochód? (Dodane przez Marcin w dniu - 2008-03-19 12:10:10) Ta historia nie jest odosobniona, nie mam zamiaru bynajmniej bronic dealera samochodow Sincromotors.Podobna historia miala miejsce w Krakowie u pana Sobieslawa Zasady (MERCEDES).Klient dowiedzial sie ze jego nowiutki mercedes kupiony w salonie (na gwarancji)byl rozbity i malowany kiedy sam mial wypadek i rzeczoznawca firmy ubezpieczeniowej go o tym poinformaowal.Okazalo sie pozniej ze w czasie dostawy do salonu, mercedes spadl z lawety i sie porysowal wiec przebiegly dealer go naprawil, pomalowal i wystawil na sprzedarz jakby nic sie nie stalo. Nie jest to absurd kolumbijski a my Polacy chyba pod wzgledem oszustw na samochodach pobijamy wszystkich, no moze za wyjatkiem ruskich. | Review your Journalist code (Dodane przez w dniu - 2008-03-19 07:22:51) Mysle, ze posuwasz sie za daleko w osadach na temat systemu edukacyjnego w obcym kraju.Najlepiej bedzie jesli najpierw sprawdzisz informacje zanim wydasz opinie na swojej stronie internetowej.Jako dzinnikarz jestes zobowiazana aby byc obiektywna kazdym razem kiedy opisujesz temat.Moj kolega Kolumbijczyk mial jedna z chorob wenerycznych o ktorej piszesz, pomimo tego skonczyl studia i co wiecej byl wspomagany przez universytet w czasie choroby. ten teks przetlumaczyl dla mnie moj polski kolega. | Review your Journalist code (Dodane przez w dniu - 2008-03-19 06:50:59) I think you are bit loose in your conclusions about an education system from a foreign country, is best if you improve your research before you include affirmations in your web page. You have a responsibility to be objective as Journalist, well stick to it every time you write about a topic. I have a Colombian friend who suffer from one of the illness you mention and he finish his university there, even more university support him throughout his illness. | Młodość (Dodane przez Stan w dniu - 2008-03-16 14:10:41) A nie przyszło Wam do głowy, że nie chodzi tu o dziwaczne i nieżyciowe przepisy ale o to, by przyszła studentka wiedziała czy nie jest chora na kiłę lub aids? Te choroby ujawniają się po latach. Ile osób może ucierpieć w tym czasie przez nieznajomość rzeczy? A czy Ty chciałabyś być obsługiwana przez zarażoną i nieświadomą tego faktu pielęgniarkę? Odpowiedzcie sobie na te pytania a może wtedy nie okażą się one takie głupie.Stan | (Dodane przez camelai w dniu - 2008-02-26 17:47:38) co do pierwszej historyjki: studiuję fizjoterapię w Krakowie (I rok) i w wakację będę miała praktyki pielęgniarksie, w związku z czym musiałam sobie wyrobić książęczkę sanitarno-epidemiologiczną. Ku mojemu silnemu zaskoczeniu wśród badań zleconych przez uczelnię znalazło się badanie... na kiłę! Jak to ujęłam wtedy żartobliwie: myślą za mnie, zanim ja pomyślę:D A tak na serio mimo, że są to praktyki pielęgniarskie to chyba nie jest na porządku dziennym, by pielęgniarka do tego stopnia zaspokajała potrzeby pacjenta;) Chyba, że jakaś niedoinformowana jestem;) Co do drugiej historii: zaawsze się jakiś oszołom znajdzie... ;) uwielbiam Pani artykuły - bardzo dużo mogę się dowiedzieć o Kolumbii, którą strasznie chciałabym zobaczyć. Uwielbiam ten kraj - a wszystko przez Don Gabo ;) pozdrawiam serdecznie :) | Jestem pod wrażeniem (Dodane przez Ewelina w dniu - 2008-02-20 06:52:44) Jestem pod wrażeniem tego co .......przeczytałam.Żyję trochę na tym świecie,ale z czymś podobynym jeszcze się nie spotkałam .Może i tworzy to specyficzny koloryt tego kraju,ale jakże jest denerwujące.
| (Dodane przez w dniu - 2008-02-20 02:41:18) help.moja przyszla synowa pochodzi z kolumbii.mieszka i pracuje w europie,ale ja nic nie wiem o ich zwyczjach,kulturze | O matulko (Dodane przez Marticia w dniu - 2008-02-19 09:08:03) Normalnie padlam jak to przeczytalam...jak zycie kocham nigdy o czyms takim nei slyszalam jak certyfikat nadawania sie do zycia w grupie wydawany na podstawie badan krwi... | (Dodane przez Basia w dniu - 2008-02-18 02:52:44) Ewciu, uwielbiam Twoje artykuły... hehe... Niestety przykra prawda, ale Kolumbijczycy zachowują sie irracjonalnie w każdej dziedzinie zycia! Smutne to… | Hmm... (Dodane przez ~Catori~ w dniu - 2008-02-17 14:19:12) Nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać... No cóż... kolumbijskie absurdy chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać... ;) |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |