|
Jakiś czas temu brałam udział w największych targach turystycznych Kolumbii. Przechadzając się między stoiskami promującymi poszczególne regiony kraju, moją uwagę przykuł sympatyczny pan, który zapraszał do odwiedzenia swojej hacjendy na kolumbijskiej sawannie.

Czemu nie? – pomyślałam. Villavicencio leży zaledwie dwie godziny drogi od Bogoty i stanowi jak sam alias miasta mówi: Wrota na sawannę. W weekend wybraliśmy się więc do Hacjendy Marsella...
Hacienda Marsella, położona jest na przepięknej równinie, z dala od siedzib ludzkich, od gwaru miasta, od samochodów.
Człowiek zapomina tam o codziennym rytmie, rutynie, pracy...
Kolumbijska sawanna to region hodowców bydła i koni; twardych mężczyzn przyzwyczajonych do pracy na świeżym powietrzu i doskonale znających się na hodowli; kobiet, które silną ręką zawiadują pracą hacjendy i które doskonale gotują, zwłaszcza pyszne, soczyste mięso cielęce na ruszcze (ternera a la llanera albo mamona), podawane z gotowaną juką i guacamole (sos z duszonego awokado).
A dla przybyszów z miasta pobyt na kolumbijskiej sawannie to niesamowita przyjemność, gdyż jej mieszkańcy nie tylko pozwalają na fantastyczyny odpoczynek pod rozłożystym drzewem mango, popijając świeżo spażoną kawę lub zimny sok z gwajawy; oferują wspaniały koncert na sawannanej harfie przy akompaniamencie marakasów, których dźwięki przenoszą nas w ogromne przestrzenie wschodniej części Kolumbii, dzielone z Wenezuelą.

Czasami pod nogami przespaceruje zielono-niebieski legwan, który wygląda jakby uciekł z Parku Jurajskiego, nad głową przeleci małpka, albo kolorowa papuga, z rzeki wyczłapie żółw albo krokodyl, a między liśćmi tropikalnego pnącza prześlizgnie się wąż.
Wieczorami natomiast, mieszkańcy sawanny, nazywani llaneros, pod rozgwieżdżonym niebem opowiadają straszne historie o upiorach i duchach, jakich pełno na sawannie: płaczce, silbonie, candileja, kuli ognia.

Życie na kolumbijskiej sawannie to właśnie:
- załadowany pysznościami regionu talerz z pieczonym mięsem cielęcym podawany nawet na śniadanie,
- drzemka w kolorowym hamaku przy pisku małp,
- możliwość uczestniczenia w życiu kolumbijskich hodowców: spedzaniu bydła z sawanny, łapaniu zagubionych albo niesfornych sztuk na lasso, dojeniu krów, karmieniu kur, pieczątkowaniu bydła, uczestnictwo w przygotowaniu tradycyjnego, sawannianego rosołu (sancocho) z juką, kukurydzą, ziemniakami, itd.

A poznana przez nas Hacienda Marsella to to i znacznie więcej, gdyż prócz tradycyjnych prac, oferuje ona także możliwość uprawiania ekstremanych sportów w przepięknej scenerii sawanny i wśród nietkniętej przez człowieka natury. I tak, na przykład, spróbować można:
- canopy czyli latania na długości 1600 metrów wśród sawannianej flory,
- rappel czyli kontrolowanego schodzenie z wysokich platform, opuszczając się na metalowej linie,
- wycieczki konnej, trwającej całe 24 godziny, podczas których zagłębia się w sawannę, przekraczając pagórki, rzeki i strumyki i śpi w hamaku w jej odległym punkcie, po to tylko, aby nad ranem zobaczyć najpiękniejszy wschód słońca, który porównać chyba można tylko do tego na pustynii w Afryce,
- a, na koniec, odrobina sawannianej muzyki, w utworze zatytułowanym: "Piękny dom" (Casa bella).
Zdjęcia: http://flickr.com/photos/aniaraaniara/ | Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
|
Kolumbijskie country (Dodane przez Ewelina w dniu - 2008-12-11 03:40:54) To po prostu super. Wspanialy pomysł na wypoczynek. Taka kolumbijska agroturystyka. To jest to prawdziwe "bycie na łonie natury". | (Dodane przez Andrzej w dniu - 2008-12-10 21:44:09) Villavicencio- bylem, widzialem uczestniczylem, doskonale miejsce wypadowe do Serranía de la Macarena. Mieszkalismy na obrzezu miasta na zboczu ostatniej gory a pod nami rosposcierala sie wielka rownina. Przed domem drzewa mango, wielkie dajace cien i ogrod, troche zaniedbany z roslinami dla mnie tak egzotycznymi jak papaya, slodka cytryna, czy nawet banany-ale takie drobne, male, bardzo slodkie. Co prawda nie bylo koni pod siolo ale i tak to byl wspanialy czas, wspaniala cielecina, pieczona na pionowych zerdziach, servowana na palmowych lisciach i zimne piwo Bavaria(jesli bylo-po kilku dniach zamawialem piwo ZIMNE obojetne jakiej marki) to byla wspaniala odmiana po Bogocie |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |