Jedyna taka lekcja czyli oko w oko z kolumbijską kulturą Indian Koguis

Kilka tygodni temu wybrałam się z moją siostrą na babski objazd kolumbijskiego wybrzeża Atlantyku. Plan by następujący – w ciągu tygodnia przejechać z krótkimi przystankami najciekawsze i niekoniecznie gromadnie odwiedzane przez turystów punkty kolumbijskich Karaibów.

Tym razem pominęłyśmy Cartagenę i eleganckie wyspy i skupiłyśmy się na regionach wschodniej części Karaibów, zamieszkałych przez społeczności indiańskie: Arhuacos, Koguis, Wiwas i Wayúus.     

Podczas krótkiego pobytu w Palomino, którego naturalne plaże zapraszają do odpoczynku, a spokój mąci tylko od czasu do czasu spacerujący po plaży ciekawski krab albo zwinna, niebieskozielona jaszczurka, po pysznym śniadaniu złożonym ze świeżych owoców, aromatycznej kawy, jajecznicy i słodkich chlebków kukurydzianych, postanowiłyśmy skorzystać z lokalnej atrakcji, a mianowicie spłynąć po rzece Palomino na samochodowych dętkach.

Udałyśmy się więc motocyklowymi taksówkami do miasteczka i stamtąd z przewieszonymi przez ramię dętkami rozpoczęłyśmy wspinaczkę po należących do Indian Koguis wzgórzach.

Indiańska wioska Kogui
Indiańska wioska Kogui /Fot. Jakub Jurkowski/

Kierowałyśmy się w stronę rzeki. Uprzedzono nas, że tereny te należą historycznie do Indian i że oni sami są niezbyt przychylnie nastawieni do włóczących się po ich górach "białych". Okazuje się, że otaczające rzekę Palomino wzgórza przez wieki uznawane były przez indiańskie społeczności za miejsca święte. Pałętający się tam od czasu do czasu nowi przybysze, często głośno rozmawiający, zrywający lecznicze rośliny i pozostawiający śmieci z oczywistych względów nie są mile widziani. I to należy uszanować. 

Mężczyzna Kogui
Mężczyzna Kogui /Fot. Jakub Jurkowski/

Uprzedzone o takim stanie rzeczy, w zupełnej ciszy, zmęczone dość długą wędrówką i panującym upałem i wilgocią, maszerowałyśmy wąską, górską dróżką przez góry z ciężkimi dętkami na plecach. W pewnej chwili, dokładnie na zakręcie wzniesienia, na samym środku ścieżki natknęłyśmy się na mulicę blokującą przejście. Trzymał ją za uzdę niezwykle przystojny, poważny, indiański mężczyzna. Indianin siedział na płaskiej, przypominającej kamienny ołtarz skale niemal tonącej w gąszczu tropikalnego lasu. Obok niego, w bawełnianej, prostej, kremowej bluzo-sukience siedziała cztero, może pięcioletnia, indiańska dziewczynka. Mulica kompletnie blokowała ścieżkę, uniemożliwiając nam kontynuowanie wspinaczki.

Spojrzałyśmy na siebie i nieśmiało pozdrowiłyśmy go po hiszpańsku. Nie odpowiedział. Dalej spokojnie siedział z wyciągniętym przed nami sznurkiem. Ewidentnie dawał nam do zrozumienia, że znajdujemy się na jego terytorium i że przejścia nie ma.

Indianie Koguis
Indianie Koguis /Fot. Jakub Jurkowski/

Patrzyliśmy tak na siebie przez dobry moment. W pewnej chwili, mężczyzna odwrócił się bez słowa w kierunku swojej małej córeczki, po czym spokojnie, bez pośpiechu opuścił sznurek. Tego się nie spodziewałyśmy. Indianin podjął swoją decyzję i dał nam do zrozumienia, że ani on nie zamierza się przesunąć, ani jego mulica nie zrobi nam miejsca. Opuszczony jednak sznurek dawał nam możliwość przeskoczenia go. Ten krótki gest, pełen symboliki i mądrości skierowany nie do nas, a do tej małej, siedzącej u jego boku dziewczynki, wyrył mi się w pamięci bardziej niż późniejszy, sympatyczny, relaksujący spływ po karaibskiej rzece. Jednym, prostym gestem dumny ze swej kultury i przywiązany do rodzinnej ziemi indiański tata pokazał swojemu dziecku: "To nasza ziemia, nasz dom i nasze święte miejsce. To my podejmujemy decyzję, komu i na jakich warunkach pozwolimy je poznać."

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *