Imieniny, region kawy i canopy w Kolumbii

W związku z wizytą moich rodziców w Kolumbii, pozwalam sobie tym razem zamieścić imieninowo – kawowo – canopy’owy tekst mojego taty:

Tegoroczne imieniny spędziłem na linie. Stalowej. W kolumbijskim regionie kawy jest dla turystów dostępna specyficzna atrakcja o nazwie CANOPY.

To podróżowanie na linie przeciągniętej nad plantacjami kawy. Plantacje zlokalizowane są na bardzo stromych zboczach Andów i piesze wędrówki po nich są nie tylko męczące, ale nawet niebezpieczne.

Technologię przesyłania ładunków kawy czy bananów w tym górzystym terenie wykorzystywano od dawna. Wystarczy nieco skośnie przeciągnąć stalową linę pomiędzy zboczami, zawiesić na niej rolkę osadzoną w stalową obudowę, do niej podwiesić ładunek… i jazda. Dla ciekawych przeżyć turystów ładunkiem są ONI. Delikwenta ubiera się w szelki podobne do tych, stosowanych przez alpinistów, podwiesza go do rolki i zachęca do samodzielnego odepchnięcia się od podestu startowego. Na końcu liny stoi pracownik przechwytujący ładunek, który na oko, a właściwie na słuch macha chorągiewką, żeby delikwent hamował grubą skórzaną rękawicą ściskając nad głową linę. Pędząca po linie rolka wydaje specyficzny dźwięk i jego wysokość jest interpretowana jako oznaka zwykłej lub nadmiernej prędkości. Wszystko wydaje się przemyślane, przećwiczone, niezawodne. Jazda na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią z prędkością dochodzącą do 100 km/godz – niewątpliwie dostarcza adrenaliny. Zwłaszcza grubszym osobnikom.

 

Przygotowani do lotu na canopy w kolumbijskim regionie kawy

 

Lecimy na canopy w kolumbijskim regionie kawy

 

Chudzi, jak moja Ewa, spokojnie zwalniają przed lądowaniem, bo naciągnięta lina przed końcem swej drogi nieco się unosi. Ale osobnicy o wadze wyższej niż przetestowana średnia – rozpędzają się w pierwszej części dystansu do znacząco wyższych prędkości, o czym świadczy świst rolki niczym turbiny lotniczej. I ci powinni hamować profilaktycznie.

Różnie to w praktyce wygląda. My zdecydowaliśmy się na przygodę składającą się z 7 kolejnych przejazdów i po pierwszym przejeździe już nie można było się wycofać. No to jechałem w te moje imieniny, hamując na niektórych odcinkach aż dym leciał z rękawicy a facet łapiący mnie miał ze trzy razy niezły stresik. Atrakcja niewątpliwa, ale z kolejnych jazd zapamiętałem tylko widok liny i ten dźwięk jakby młynka do kawy na najwyższych obrotach. Na robienie zdjęć jakoś nie starczało czasu mimo, że niektóre odcinki miały po kilkaset metrów. Zawsze jednak jakoś za szybko się kończyły.

04.04.2010
Zbigniew Kulak

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *