|
Z mojego wirtualnego dziennika... Życie za granicą – w Kolumbii, z dala od rodzinnego domu, ma niewątpliwie swoje plusy (szczególnie widoczne dla osób, którym przyszło pozostać w Polsce) i minusy, związane z inną mentalnością, bardzo swobodnym podejściem do codzienności, ogromną odległością od rodziny i przyjaciół (w erze internetu nie jest to już takie skomplikowane jak dawniej), brakiem codzienniego kontaktu z rodakami, itd.
Będąc w Polsce, użalamy się nad sobą i najchętniej spakowalibyśmy walizkę i wyruszyli w nieznane. Będąc w Kolumbii, mamy inne problemy i od czasu do czasu napada nas tęsknota za rodzinnym krajem i nic nie jest w stanie nas powstrzymać od wskoczenia do samolotu i pognania w kierunku Warszawy. Jak to mówi moja koleżanka Basia, która pojawi się tutaj w Bogocie w wizytą u mnie za dwa tygodnie: "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma..."
Dla mnie głównym problemem mieszkania w Kolumbii jest przede wszystkim rozłąka z rodziną. Wbrew pozorom, brakuje mi tu ploteczek na tarasie z moją mamą, niedzielnych kawek z babciami, wspólnego, rodzinnego obiadu, podczas którego wszyscy się przekrzykują i nie sposób dojść do słowa, ale który wspomniam z łezką w oku w tej chwili, kiedy Mario wyjechał w sprawach służbowych do Cali, a ja zostałam sama...
Drugim, poważnym problemem jest polskie jedzenie... W Kolumbii nie sposób kupić ogórków kwaszonych, które uznawane są tutaj za zepsute. Kapusta kiszona dostępna jest tylko w niemieckim sklepie "Köller". Seler w Kolumbii sprzedawany jest wyłącznie w liściach i nie wiem, czy korzeń używany przez nas w Polsce do gotowania rosołu czy też sałatki warzywnej wyrzuca się, czy też kolumbijski seler rośnie prosto z ziemi w formie liści. W każdym razie bardzo rzadko, ale korzeń selera kupić można tylko i wyłącznie w sieci luksusowych supermarketów "Pomona". Tam też dostaniemy kalarepę i czasami rabarbar - towary kupowane tylko przez obcokrajowców. Podobno w jakimś sklepie w Bogocie dostępny jest również mak, ale o tym powiedziała mi zaledwie kilka dni temu koleżanka z akademii amerykańskiej, do której uczęszczam od miesiąca - Rosjanka Tatiana Kondratieva.
Kolumbiczycy poza tym praktycznie nie mają albo i nie potrafią wyprodukować żółtych serów ani przyzwoitych wędlin. Sprzedawana tu szynka, nie urażając lokalnych uczuć, nie ma nic wspólnego z wędzonymi i soczystymi polskimi wędlinami (o czym wie już i Mario) i posiada smak ulepszonego papieru toaletowego, a narodowych, żółtych serów o sensownych cenach (nie francuskich ani holenderskich) są trzy rodzaje: mozarella, sabana i kanapkowy, czyli wszystko pozostałe.
W związku z problemem niemożliwości kupienia polskich produktów spożywczych, za którymi szalenie tęsknię, poniżej zamieszczam listę produktów, które są przez mnie uznawane za najlepszy prezent odwiedzających mnie gości z Polski.
Jeśli więc wybierasz się do Bogoty, pamiętaj o mojej liście!
- Barsz w proszku albo płynie (zupy z buraka się tu nie jada)
- Czekolady MILKA z orzechami i winogronem (kosztuje pięciokrotnie więcej niż w Polsce)
- Herbata malinowa (maliny są w Kolumbii absolutnie nieznane, jest tu natomiast sporo jeżyn)
- Herbatki w saszetkach o smaku lychee firmy DILMAH (to mój ulubiony smak, niestety niedostępny w tym regionie świata)
- Kasza manna (absolutnie nieznana w Kolumbii)
- Kasza gryczana (nie wiedzą, co to takiego)
- Masa makowa w puszce do zrobienia makowca (mak podobnie jak kokaina uznawany jest za narkotyk)
- Masa na pierniki (taka w proszku) lub przyprawy specjalne do ich produkcji (niemożliwe do zdobycia)
- Pasztety (są, ale nietutejsze)
- Polski chleb, taki chrupiący (oddam życie za kromkę świeżego, polskiego chleba ze smalcem)
- Ser pleśniowy brie i camembert (są tylko francuskie)
- Ser smażony z kminkiem (nieznany)
- Sok malinowy - najlepiej taki domowy (nie ma malin, jak wspominałam, ani Babci, która robi taki sok)
- Torciki wedlowskie (Wedel do Kolumbii jeszcze nie dotarł)
- Wędliny każdego typu - przede wszystkim szynki, polędwice, wędzonka krotoszyńska, salami, baleron, metka (jest tylko Niemiec Köller, ale to nie to samo co nasi polscy producenci)
- Żółty ser - Dużooooooooooooooooooo (nie chcę już tej mozarelli)
To chyba tyle odnośnie gastronomicznej tęsknoty za Polską... | Napisz komentarz | - Prosimy o
wpisywanie komentarzy związanych z treścią artykułów. - Ataki słowne i wulgaryzmy
zostaną usunięte. - Prosimy nie
używać tego portalu do promocji swojej strony internetowej. |
|
La Ciguena (Dodane przez Simon w dniu - 2007-11-12 04:09:31) niedawno zacząłem sie uczyć hiszpańskiego z czystej ciekawości zresztą... czy język używany w Kolumbii bardzo różni się czystością od używanego w EU | :) (Dodane przez Inna Marta w dniu - 2007-06-12 05:24:58) Nie wybierałam się nigdy do Kolumbii, ale po przeczytaniu kilku artykułów na Pani blogu zmieniam powoli zdanie. A już napewno jak przyjadę (kiedyś mam nadziejęto nastąpi) to COŚ PYSZNEGO przywiozę :))) Pozdrawiam. | emigranckie tesknoty... (Dodane przez Katarzyna w dniu - 2006-12-06 00:54:40) Witaj Ewo, zupelnie przypadkiem trafilam na Twoja strone, szukajac w internecie przepisu na chleb:) Widze, ze wszyscy, mieszkajac z dala od ojczyzny, mamy podobne tesknoty kulinarne. Moja lista byla by niemal identyczna:) Pozdrawiam z Japonii ( http://e-katka.blog.onet.pl ) | Dokladnie tak... (Dodane przez Ewa w dniu - 2006-11-07 10:58:22) W pelni sie z Toba zgadzam, Marta... Ale juz za 10 dni przyjezdza z Polski z wizyta moja kolezanka z cala walizka jedzenia, wiec chyba humor gwaltownie mi sie polepszy... | Marzenie o kanapce z pasztetem i ogorkie (Dodane przez Marta w dniu - 2006-11-07 10:35:13) Wreszcie znalazlam kogos, kto mnie rozumie! Jestem tu dopiero 6 miesiecy i juz od jakiegos czasu zaczelo mnie bolec to samo co Ciebie - brak naszego jedzenia! ( a myslalam, ze to tylko moja percepcja odnosnie niektorych rzeczy:). Ser typu mozarella wszedzie: na kanapce, na pizzy, w arepie.. Szynka nie do porownania z nasza: amerykanska kanapkowa z zylami, nie do przegryzienia. Marze o kielbasie krakowskiej i szynce wiejskiej lub poledwicy sopockiej (az mi sie lza w oku kreci). Od paru tygodni mam powazny kryzys zwiazany z jedzeniem. Nie moge juz patrzec na Arroz con pollo i na zupy przyprawione cilantro. Z jakiegos powodu, gdy tylko czuje ta przyprawe, nie moge ruszyc salatki ani zupy, ktora ja zawiera. Cos w tym jest, bo tacie raz we Francji zaproponowali zupe z cilantro i tez jej nie mogl przelknac. W pewnym momencie wszystko mi zaczelo smakowac tak samo, ryz i ciagle ryz do wszystkiego, papka z kukurydzy z kurczakiem i zielonym groszkiem zwana Tamal (nie rozumiem czym sie tu zachwycac). Jedyne co mi w tym momencie kryzysowym smakuje, to owoce, soki naturalne i oczywiscie moje wlasne domowe zupy. Oddalabym zycie za babcine gotowanie. Jest to niewatpliwie jeden z najpowazniejszych problemow, obok tesknoty za rodzina i przyjaciolmi, zwiazny z mieszkaniem w tak dalekim i innym kulturowo kraju. |
Powered by AkoComment 2.0! and SecurityImage 2.2.0 |