Poszukiwanie mieszkania w Kolumbii

Poszukiwanie mieszkania

Poszukiwanie mieszkaniaZnalezienie mieszkania w Kolumbii nie jest zadaniem łatwym. Po pierwsze dlatego, że nigdy nie posiadam tyle wolnego czasu, żeby przemieszczać się po całym mieście tak olbrzymim jak Bogota. Po drugie dlatego, że większość mieszkań nie spełnia naszych oczekiwań: albo są brzydkie i położone w mało atrakcyjnych dzielnicach, albo są prześliczne ale zbyt drogie.

Ceny mieszkań wahają się w zależności od miasta. W Cali na przekład za tę samą kwotę moglibyśmy mieć mieszkanie duże, nowe, w zamkniętym osiedlu, może nawet z basenem, natomiast w Bogocie starcza nam na mieszkanie średniej kategorii.

Od jakiegoś czasu szukamy mieszkania większego i wygodniejszego dla naszej dwójki od tego, które posiadamy w tej chwili. Mieszkanie w Candelarii jest bardzo miłe i ładne, ale ostatnio stało się dla nas za małe. To chyba przez te wszystkie przedmioty, które człowiek zbiera na przestrzeni miesięcy i lat.

Pierwszym pytaniem jakie sobie zadaliśmy, było gdzie chcemy mieszkać? Odpowiedź jest prosta. Definitywnie zostajemy w Bogocie, ale najlepszym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę moją pracę i klientów Mario, była by północ miasta. Niestety część w jakiej pracujemy to tzw. zona rosa (różowa strefa), która jest strasznie droga. Szukamy więc trochę dalej.

Kolejną kwestią jest fakt, że mnie jako obcokrajowcowi wynajmuje się mieszkanie dużo łatwiej. Kolumbijczycy ufają bardziej obcokrajowcom, wolą wynająć mieszkanie mnie, a nie Kolumbijczykowi, który lepiej zarabia.

Znaleźliśmy wreszcie lokum, które wydaje się idealne. „Dzwoń Ty! Lepiej Cię traktują!” – mówi Mario. No więc podnoszą słuchawkę i dzwonię. Odzywa się jakaś młoda osoba, bardzo miła, szczególnie, kiedy słyszy, że nie jestem Kolumbijką. Umówiłyśmy się na obejrzenie domu. Położony jest on na północy, w ładnym sektorze, blisko parku. Jest to takie małe osiedle ze 150 szeregowcami. Dom ma trzy poziomy, w sumie 85 metrów kwadratowych. W Polsce wydawać by się mogło, że to sporo, ale biorąc pod uwagę kolumbijskie warunki mieszkaniowe to niewiele. Tutejsze apartamenty mają między 150-300 m2, ale spotkać można i olbrzymie mieszkania określane jako Penthouse, które mogą mieć i 800 m2. Tak, 800, wcale się nie pomyliłam w zerach. Dom ma 3 sypialnie, tzw. studio, część wypoczynkową, jadalną, kuchnię i trzy łazienki. I najlepsze, nikt w nim jeszcze nie mieszkał.

Ja jestem zachwycona przede wszystkim przestrzenią, świeżością i światłem, które upada przez ogromne okna. I oczywiście pokojem na trzecim piętrze, w którym chciałabym zorganizować sobie kąt do pracy i nauki, z wielkim stołem architekta i hamakiem w oknie. Mario jest szczęśliwy, bo wreszcie miałby gdzie urządzić swoje studio fotograficzne i gdzie grać w piłkę nożną.

Teraz pojawia się kwestia przedstawienia wszystkich potrzebnych dokumentów i mam nadzieję, że jeszcze w lutym moglibyśmy się przenieść. Smutno mi będzie zostawić Candelarię, francuską piekarnię, wielkie Andy, których nie będę już widziała z tak bliska, moją Virgen de Guadalupe, katedrę na Placu Boliwara. Myślę jednak, że w niedziele możemy przyjeżdzać tutaj na śniadania. Muszę to jednak skonsultować z Mario.

Nagroda CPB – największe wyróżnienie dziennikarskiego świata Kolumbii

Nagroda CPB

Nagrody Dziennikarzy dla Dziennikarzy nadawane przez Koło Dziennikarzy Bogoty (Círculo de Periodistas de Bogotá – CPB) przyznawane są od 60 lat, stanowiąc tym samym największe i najbardziej prestiżowe wyróżnienie kolumbijskiego dziennikarstwa. Wczoraj CPB przyznało tegoroczne nagrody w następujących kategoriach: Prasa, Radio, Telewizja, Fotografia, Karykatura, Najlepsza Praca Dyplomowa z zakresu Dziennikarstwa oraz Najlepszy Portal Internetowy.

Nagroda CPB

Ceremonia i przyznanie nagród odbyły się dokładnie w Dniu Dziennikarza (9 lutego) w Czerwonym Salonie ekskluzywnego hotelu „Tequendama” w Bogocie i transmitowane były na żywo przez telewizyjny „Canal 9” pod tytułem „Noc najlepszych”.

Jury złożone z najznamienitszych, kolumbijskich dziennikarzy o dużym doświadczeniu na polu narodowym i międzynarodowym, w skład którego weszli: Gloria Pachón de Galán, Germán Castro Caycedo i Antonio Pardo García podjęło się trudnego zadania wyróżnienia najlepszych prac dziennikarskich roku 2006.

W kategorii Najlepszy Portal Internetowy wystapiło „Pokolenie Niewidzialnych” (Generación Invisible) – pierwszy, grupowy blog dziennikarski w Kolumbii, do którego należę od momentu jego powstania i który stworzony został przez grupę studentów Specjalizacji z Dziennikarstwa Cyfrowego, Kulturalnego i Międzynarodowego Uniwersytetu Jorge Tadeo Lozano w Bogocie. Jego pomysłodawcą był Christian Pardo. „Pokolenie Niewidzialnych” jest grupą 25 osób, z których zaledwie 9 piszemy artykuły w sposób systematyczny. Mimo, że uważa się nas za osoby niedoświadczone i anonimowe, które do tej pory nie posiadają własnej, opiniotwórczej rubryki w żadnej z wielkich gazet, doskonale przygotowani jesteśmy do wyrażania w internecie naszych pomysłów i talentu, które dzielić chcemy z całym światem. W skład Pokolenia wchodzi strona www.ewakulak.com.

Nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że znajdujemy się wśród trzech nominowanych (obok portali „El Colombiano” i „IT na linii”) w kategorii Najlepszy Portal Internetowy. Był to niesamowity sukces, jako że „Pokolenie Niewidzialnych” istnieje w Internecie od zaledwie roku. Nasza radość okazała się jednak jeszcze większa, kiedy po godz. 20:00 prezentatorzy ogłosili, że „Generación Invisible” jest ZWYCIęZC¡ kategorii.

Jestem szczęśliwa, dlatego że stałam się członkiem tego gremium młodych ludzi z głowami pełnymi pomysłów i chęcią do pisania i opisywania tego wszystkiego, co widzimy, co czujemy, o czym chcemy dać znać światu. Zdaję sobie sprawę, że nagroda ta kierowana jest zgodnie z jej regulaminem wyłącznie do obywateli Kolumbii. Mimo tego faktu zawsze jestem z nimi sercem i moim wirtualnym piórem, wspierając ich w tej trudnej ale jakże emocjonującej pracy, jaką jest zawód dziennikarza. Nagroda ta jest ogromnym triumfem przede wszystkim twórcy portalu – Christiana Pardo i nas – zespołu dziennikarzy, którzy tworzymy każdego dnia „Pokolenie Niewidzialnych”.

Jest nam szczególnie miło, gdyż jesteśmy pierszą grupą zrzeszoną jako blog, jakiej przyznaje się tak ważną nagrodę. Jest to policzek dla tych wszystkich, tradycyjnych środków komunikacji masowej, które wyśmiewały się i źle wyrażały się o fenomenie blogów, nie wierząc nigdy w ich dziennikarską siłę.

Gratulacje!

Inne linki:

El Tiempo
RCN
Tierra de maíz
La movida literaria
Pablo Prensa
Evaluamos
Todo digital
PRNoticias

Otwarte drzwi

Mama

MamaTataW Polsce mój dom miał zawsze szerokie, otwarte drzwi i wypełniony był ludźmi różych ras i kultur pochodzących z różnych regionów świata. Już jako mała dziewczynka stałam się ekspertem od zapraszania gości, których poznawałam w różnych miejscach, do których wiodła mnie wyobraźnia. Od zawsze bowiem miałam w zwyczaju wymyślanie kierunków podróży i racji, dla których ów wyjazd był niezbędny, które moi rodzice najpierw cierpliwie wysłuchiwali, udając że pomysł nie za bardzo przypadał im do gustu, po czym wspierali mnie z całych sił w moich planach. Myślę, że te wszystkie podróże oraz otwarte horyzonty mojej rodziny sprawiły, że posiadam dzisiaj taką a nie inną wizję świata – otwartą, obiektywną i bardzo szeroką.

Pamiętam, kiedy któregoś dnia gościliśmy w domu grupę kameruńskich przyjaciół. Jednemu z nich – Leonardowi zrobiło się gorąco i postanowił się wykąpać. Problem pojawił się jednak w momencie, kiedy zdał sobie sprawę, że nie miał on ze sobą rzeczy na przebranie. Moja mama podała mu więc ulubioną koszulę taty, którego właśnie nie było w domu. Leonard cały dumny wyszedł z łazienki i na korytarzu spotkał się z tatą, którego twarz wyrażała wszystko to, czego nie powiedział. Była to jego najlepsza koszulka, ale ponieważ jest on osobą kulturalną i gościnną nie wymówił ani słowa.

W ten sposób na przestrzeni lat nasz dom wypełniał się coraz to innymi gośćmi, którzy z jakiegoś powodu lub zbiegu okoliczności pojawiali się w naszym życiu i pozostawali w nim na długo jako bliscy przyjaciele. Ciepło gostyńskiego, rodzinnego ogniska było bowiem niepowtarzalne.

CasaW Kolumbii starałam się zawsze, aby mój dom w Candelarii był miłym przystankiem dla wszystkich osób, jakie się w nim pojawiały. Ludzie, którzy nas odwiedzają, twierdzą, że panująca w nim atmosfera jest bardzo ciepła i że człowiek czuje się tam jak we własnym domu. Myślę, że pomagają w tym pastelowe kolory ścian i dużo przedmiotów porozrzucanych po całym mieszkaniu, które nadają mu niepowtarzalnego charakteru: świeczki, obrazki, zdjęcia, rzeźby, serwetki i kolorowe kubki w kuchni, które ja uwielbiam, ale które stają się często powodem zrzędzenia Mario, kiedy je ja kupuję. Twierdzi on bowiem, że mamy ich zdecydowanie zbyt wiele jak na dwie osoby. Ostatecznie jednak poddaje się mojej woli i z chęcią wypija kawę w ładnej filiżance.

Lubię gości i lubię kiedy mój dom wypełna się przyjaciółmi, którzy nie muszą wcześniej telefonować, aby uprzedzić o swojej wizycie, tak jak wczoraj nasz przyjaciel fotograf – Fabián i Hade – Koreanka, która przyjechała do Ameryki Południowej na dwa lata wakacji. To bardzo miłe, usiąść tak niespodziewanie na przeciw kominka, z kieliszkiem rumu i w towarzystwie osób, które się szanuje i ceni, z którymi miło spędza się czas i które nie wstydzą się zapukać, kiedy mają na to ochotę. Bez dzwonienia.

Sopo – cmentarz kanibali

Cmentarz kanibali

W ubiegłą sobotę wzięłam do ręki przewodnik turystyczny, który podarowali mi Florian i Stéphanie – moi francuscy przyjaciele, aby znaleźć jakiś kierunek, gdzie moglibyśmy się wybrać. Za cel naszej wyprawy wybraliśmy Sopó (w języku Chibcha kamień lub silne wzgórze), założone w roku 1653 przez zakonnika Francisco Chacón, który przeniósł tam Indian mieszkających wcześniej na terenach Sopó, Cueca i Meusa.

Wyruszyliśmy rano górską drogą i po około godzinie znaleźliśmy się w małym miasteczku, prześlicznie położonym między majestycznymi Andami.

Continue reading “Sopo – cmentarz kanibali”

Jak rozbić kokos?

Kokos

KokosKilka dni temu razem z Verą postanowiłyśmy przygotować pyszne danie z kolumbijskiego Pacyfiku zwane encocada de pescado (ryba w kokosie). Najpierw udałyśmy się na zakupy, ale niestety nie udało nam się znaleźć mrożonego mleka kokosowego, które zazwyczaj sprzedawane jest w supermarketach w dziale rybnym w plastikowych woreczkach. Kupiłyśmy więc dwa orzechy kokosowe.

Wszystko szło jak należy. Wstrząsnęłyśmy orzechami, aby sprawdzić czy były świeże i czy płyn, którego potrzebowałyśmy do przygotowania sosu, znajdował się w środku. Rozbicie kokosu nie jest jednak zadaniem łatwym. Jego skorupa jest bardzo twarda, pokryta sztywnymi i przyklejonymi włosami i ma jakieś dwa centymentry grubości. W górnej części orzecha znajdują się blisko siebie trzy dołki (oczy), ustawione w trójkąt. Przez dwie z trzech dziurek wwierca się korkociąg i wylewa mleko kokosowe. Kiedy dokonałyśmy już tego zadania, pojawił się problem. Jak rozbić kokos?

Do głowy przyszło nam rozwiązanie najbardziej nietechniczne – rzucić kokosem o podłogę, ale ponieważ stanowił on jeden z głównych składników naszego obiadu, więc szybko zaniechałyśmy tego pomysłu. Poszukałyśmy w skrzyni z narzędziami młotka Mario i zaczęłyśmy silnie uderzać w kokos na płytkach kuchni. Orzch tańczył i uciekał po całej jadalni, wobec czego zeszłyśmy na patio domu, aby uderzać w niego na murku.

Waliłam tym młotkiem przez dłuższą chwilę, ale kokos za nic nie chciał się otworzyć. W tym momencie wyszła ze swego mieszkania moja nowa sąsiadka – Betty. Nie wiem dokładnie skąd pochodzi, jest Murzynką i podejrzewam, że przyjechała do Bogoty z Chocó albo regionu Pacyfiku, bo kokosy są jej dobrze znane.

Betty uśmiechnęła się miło i bez cienia kpiny zapytała, co robimy. Kiedy dostrzegła w mojej mało doświadczonej ręce – młotek, dała nam odpowiedź, której tak długo poszukiwaliśmy. Aby otworzyć kokos w łatwy sposób należy najpierw podgrzać go w piekarniku lub na piecu (gazowym lub elektrycznym). Następnie uderza się w niego jeden raz młotkiem i skorupa z wielką łatwością sama się otwiera.

Każdego dnia człowiek uczy się nowych rzeczy. Lepiej jednak posiadać sąsiadów, którzy znają rozwiązania naszych problemów niż uczyć się na własnych błędach i dla egzotycznego obiadu zmieniać płytki w kuchni.

Dzień bez samochodu – ósme wydanie w Bogocie

Smog w Bogocie

Od sześciu lat (od 24 lutego 2000 r.), w pierwszy czwartek miesiąca lutego Bogota organizuje sławny na całym świecie „Dzień bez samochodu”. Przez 13 godzin (od 6:30 do 19:30) zabrania się tego dnia poruszania się samochodów osobowych, pozostawiając ulice do wyłącznej dyspozycji autobusów, taksówek, pojazdów policji i straży pożarnej, karetek pogotowia, rowerów, motocykli, wrotek i nóg.

Continue reading “Dzień bez samochodu – ósme wydanie w Bogocie”

Kiriku i czarownica Karaba (Kirikou et la sorciere)

Kirik?

Kirik?„Kirikú i czarownica” jest tradycyjną bajką Senufos – afrykańskiego plemienia z Wybrzeża Kości Słoniowej, zainspirowaną rytuałem inicjacji (próby, jakie przejść muszą młodzi ludzie, aby wykazać swoją odwagę) i przeniesioną do kina przez Michela Ocelot jako piękna i wzruszająca historia, pełna kolorów, dźwięków i poważnych tematów, takich jak wolność i dojrzewanie.

W małej wiosce, zagubionej gdzieś w sercu Afryki, przychodzi na świat Kirikú – dziecko inne niż wszystkie pozostałe. Na początku filmu z brzucha ciężarnej kobiety, która siedzi na podłodze swojej afrykańskiej chaty, daje się słyszeć dziecięcy głos: „Mamo, urodz mnie!” Ona z całą naturalnością, która rozbraja widza, odpowiada: „Dziecko, które potrafi mówić w brzuchu matki, samo może się też urodzić”.

Kirikú jest małym chłopcem, który jednak doskonale zdaje sobie sprawę, jeszcze przed urodzeniem, co chce w życiu osiągnąć. Przychodzi na świat w afrykańskiej wiosce, gdzie nie ma kwiatów, wody ani mężczyzn, gdyż trzeba ich było oddać w ofierze okrutnej czarownicy Karabá. Odważny Kirikú wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, aby znaleźć wybawienie dla swojego plemienia.

Bohaterowie filmu są prości i nieskomplikowani, ale tło filmu jest doskonale zaprojektowane, zarówno plastycznie jak i językowo. Kluczowym elementem jest muzyka skomponowana przez Senegalczyka Youssou N’ Tour – artystę, który podjął się zadania podtrzymania tradycji muzycznych swojego kontynentu, wprowadzając afrykańskie instrumenty, takie jak: ritti, belafón, cora, belón i xalam i którego melodie wspierają akcję filmu, plecąc ją jak pajęczynę i wyjaśniając, co się dzieje.

Najatrakcyjniejszym elementem filmu jest ogromna ilość rysunków przygotowywanych przez okres pięciu lat z ogromnym poświęceniem przez grupę kobiet z Rygi (£otwa). Film przenosi nas do miejsca i niesamowicie bogatej kultury, dając nam doskonałą okazję do poznania Afryki, jej problemów (susza, struktura plemienna, brak technologii, dostępu do wody, żywności, transportu), jej kultury (ubrań, zwyczajów i rytuałów, piosenek, tańców, magii) i ludzi.

Mimo faktu, iż bohaterowie pojawiają się na ekranie nadzy, film z szacunkiem ukazuje doskonałą akceptację swojego ciała przez Afrykańczyków. W przeciwieństwie do kina amerykańskiego, gdzie zawsze pojawia się misjonarz, podróżnik lub przepiękna kobieta, która staje się głównym bohaterem, w całym filmie „Kirikú” ani przez moment nie pojawia się osoba o białej rasie.

Kirik?Piękne jest to, że w czasach tak konsumpcyjnych, w jakich przyszło nam żyć, znalazlo się jeszcze miejsce w ciemnej sali kinowej na inny rodzaj filmu, bardziej emocjonującego i ludzkiego, który wyjaśnia to wszystko, co niezrozumiałe. Kirikú przeciwstawia się okrutnej czarownicy, odkrywając, że w rzeczywistości Karabá nie jest zła bez powodu, ale dlatego, że ma wbity w plecy kolec, którego nie może sama wyjąć i który powoduje ogromne cierpienie. Cierpi ona i w związku z tym chce, aby cierpieli i inni.

Film daje nam mnóstwo odpowiedzi, pokazuje, że nasz zły humor, depresja, czy tak zwany zły charakter posiadają zawsze jakieś wytłumaczenie, najczęścej pozostające poza naszą wolą. Pokazuje nam, jak wyjąć z pleców taki kolec. Pozwala nam również się przekonać, iż mimo że malutcy możemy zmieniać świat.

„Kirikú jest małym dzieckiem, które dobrze wie, czego w życiu chce […] Chciałem, aby był malutki, aby konfrontacja z wiedźmą była jeszcze bardziej zdumiewająca. Kirikú nie jest zadowolony ze swojej maleńkości, nie chce być inny od pozostałych dzieci; marzy o byciu wielkim. Uratuje on swoich bliskich i znajdzie odpowiedź na pytanie, dlaczego Karabá jest zła; jest on małym dzieckiem, które nie akceptuje stanu rzeczy jaki mieszkańcy wioski mu narzucają; chce iść dalej, szukać własnych odpowiedzi”.
/Michel Ocelot/