Kolumbijski dom

Dom

DomKiedy pierwszy raz przyjechałam do Cali i zobaczyłam tutejsze budynki, czegoś mi w nich brakowało i nie zdawałam sobie sprawy, co to było. Po długich obserwacjach zwróciłam uwagę na fakt, że tutejsze domy nie były zamknięte. To czego mi brakowało, to ściany…

Dom w klimacie tropikalnym jest inny niż ten, który znamy. Brakuje w nim ścian. Ze względu na panujący w Cali upał, nad drzwiami pozostawia się kilkunastocentymetrową szczelinę, dzięki której poprawia się cyrkulacja powietrza. Podobnie jest z oknami. Są dość duże i nie zawsze mają szyby. Czasami są to małe szybki ułożone ukośnie, umożliwiające swobodny dostęp powietrza.

Korytarze, które biegną ponad patio, również pozostają otwarte. Nie ogranicza się ich murami, ani nie ogradza. Tutejsze budynki nie są tak szczelne i hermetyczne, jak tam daleko, w naszej części świata…

Czary

Magia

MagiaKolumbijczycy są narodem głęboko wierzącym w czary i magię, które wyłaniają się na każdym kroku i które należy zaakceptować i nie walczyć z nimi, niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Magia jest esencją życia duchowego Kolumbijczyków.

Wierzą oni w widma, strachy, czarne motyle zapowiadające zbliżającą się śmierć i którymi oblepiona jest ściana kolejki linowej prowadzącej na wzgórze Monserrate w Bogocie.

W kolumbijskich miastach często spotkać można sklepy, określane jako Światynie Amazońskiego Indianina. Oferują one najbardziej wymyślne produkty: amulety na wszelkie możliwe okazje i okoliczności, figurki brzydkiego mężczyzny z wąsami i w wełnianej ekwadorskiej czapce, zwanego Equeco, który, według ustnej tradycji, przynosi szczęście. Sprzedaje się tam wszelkiego rodzaju płyny, maści, nalewki, mydła, zioła, służące do przygotowywania kąpieli i gotowe napary, odstraszające troski i choroby, albo przywiązujące ukochaną osobę.

Nie mam wątpliwości, że Kolumbijczycy wierzą w dobre i złe indiańskie duchy, które dzięki starym, sprawdzonym przez przodków sposobom, potrafią przywoływać lub odstraszać; duchy, których ja nie widzę, nie znam i nie rozumiem…

Jak pisał Ryszard Kapuściński:

„Głęboko wierzą, że ich światem rządzą nadprzyrodzone duchy, które mają imiona, czary… To one nadają sens i bieg wydarzeń. Decydują o losie…”

Ale wiem również, że sprzedawcy tych wszystkich niby magicznych preparatów wykorzystują choroby i problemy ludzi po to tylko, alby sprzedać swój towar i zarobić kilka pesos. I to jest najbardziej przykre, że wykorzystuje się ludzką ignorancję.

Chochliki i tiples

Chochliki

ChochlikiKolumbia to kraj, w którym ciągle żywe są liczne przesądy i wierzenia, które pozostały w świadomości obecnych pokoleń, zwłaszcza spadkobierców tych Kolumbijczyków, którzy w latach pięćdziesiątych XX wieku przenosili się tłumnie do dużych miast w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Jednym z ciekawszych przykładów są, tak zwane, chochliki.

Continue reading “Chochliki i tiples”

Dom Bernardy Alba

Siostry

SiostryKorzystając z gościnnych występów studentów Fakultetu Sztuki Dramatycznej Uniwersytetu del Valle z Cali, wybraliśmy się wczorajszego wieczoru do Teatru Kolumba. „Dom Bernardy Alba” to poetycka adaptacja utworu andaluzyjskiego autora, Federico García Lorca, założyciela sławnej hiszpańskiej generacji artystów, określanej mianem Pokolenia 27.

Przesycona liryzmem sztuka, wykorzystując grę symboli, opowiada o tłumionych namiętnościach, nienawiści, kłamstwie, rywalizacji, przemocy i nieludzkim despotyźmie, ożywianym intrygami.

AdelaSiła tego przedstawienia tkwi, przede wszystkim, w mistrzowskiej grze aktorów, mężczyzn. Bohaterowie to pięć sióstr: Angustias, grana przez Diego Robledo, to mało efektowna kobieta, która rozpaczliwie chce wierzyć w to, że można kochać ją dla niej samej, a nie —jak w przypadku jej narzeczonego, Pepe— dla majątku, który jako najstarsza z córek ma odziedziczyć; Magdalena, interpretowana przez Bibianę Vargas, to kobieta, która z pozoru nic nie oczekuje od życia; Martirio, grana przez: Sindy Ángel i Dianę Vélez, to jedna i ta sama osoba, ukazana pod postacią bliźniaczek; Amelia, prezentowana przez Santiago Londoño, to osoba niezwykle roztrzepana; Adela zaś, interpretowana przez śliczną Sharo Cerquera, to najmłodsza z sióstr, która nie potrafi pogodzić się z dominacją matki i zamknięciem w domu. Tytułowa bohaterka, Bernarda Alba, w wykonaniu Wilmara Arroyave, to surowa strażniczka w stworzonym przez siebie samą więzieniu. Ona sama staje się jedną z ofiar okrutnej, pozbawionej sensu konwencji. Jedynymi świadkami tego rodzinnego dramatu jest para służących: Poncia, interpretowana przez Ricardo Gómez i doskonała w swej grze aktorskiej, Criada (w tej roli Julián Caicedo), oraz zamknięta w jednym z pomieszczeń babcia, María Josefa (Elizabeth Parra), która straciła rozum i marzy o wyjściu za mąż i zobaczeniu morza. 

Mar?a_JosefaSpektakl urzeka niezwykle obrazową i sugestywną scenografią, której autorami są: Ricardo Duque i Álvaro Ramírez. Akcja sztuki rozgrywa się w ogromnym, ciemnym i smutnym domu, w jednym z miasteczek Hiszpanii. Córki Bernardy to ubrane na czarno widma, o białych twarzach i brzydkich, okrwawionych zębach, pozbawione wszelkiej nadziei, bo w piekle nie ma na nią miejsca.

To, co zachwyca w przedstawieniu to taniec, język ciała, muzyka i symbole, dzięki którym udało się ukazać poetycki utwór na teatralnej scenie. Ciekawe okazały się również nieistniejące w oryginalnej, książkowej wersji monologi, wypowiadane przez młodych aktorów, które stworzone zostały przez nich samych podczas sześciu miesięcy prób i przygotowań pod opieką reżysera, Juana Carlosa Agudelo Plata.

Promyk Slońca w moim sercu

Wiosna

WiosnaPanuje dziś przepiękna pogoda. Kolumbijczycy nie dają się jednak przekonać, że to wiosna. To prawda, na tej szerokości geograficznej nie istnieją pory roku. Moglibyśmy więc stwierdzić, że lato, zima, jesień lub wiosna panują tu przez cały rok, w zależności od naszego humoru. W każdym razie, dzisiejsza pogoda, przypomina mi polską wiosnę. Jest ciepło, wieje słaby wiaterek. To doskonała pogoda na wyjęcie z szafy kolorowego koca, który następnie rzucić można na trawnik i położyć się na nim. Może w towarzystwie “Stu lat samotności”? Ojjj, tak… Znam tę książkę doskonale, ale uwielbiam do niej wracać i zanurzać się w wersach magicznego realizmu Macondo, widzianego oczyma wielkiego kolumbijskiego autora, Gabriela Garcíi Márquez´a.

W to słoneczne popołudnie przypomniałam sobie o pewnej manii dzieciństwa, kiedy w pierwsze dni kwietnia, wyczekując z niecierpliwością pięciolatki słabych i nieśmiałych jeszcze promieni wiosennego słońca, zrzucałam z łóżka koc i wybiegałam z nim na trawnik, aby tam usiąść z moimi osiedlowymi przyjaciółkami. To jedno z najprzyjemniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Pamiętam, że wracałam do domu z katarem i pierwszymi oznakami grypy, ponieważ ziemia po długich miesiącach zimy była jeszcze o tej porze roku zimna i wilgotna. Ale to nie było najważniejsze. Bardziej interesowało moją mamę…

Teraz, nie potafię zrozumieć, co było takiego pasjonującego w tych chłodnych popołudniach spędzanych “na kocu”? Dlaczego z taką niecierpliwością wyczekiwałam pierwszych promyków wiosennego słońca. ¿Czyżby była to tęsknota za światem, który po długiej zimie budził się do życia z całą swoją siłą i nadzieją?

Tajemniczy przyjaciel

Amigo secreto

Amigo secretoW Dniu Miłości i Przyjaźni otrzymałam od mojego tajemniczego przyjaciela laleczki z Gwatemali, śliczne…

Według legendy, gwatemalskie dzieci, kiedy się czegoś obawiają lub w ich życiu pojawiają się troski, wkładają je pod poduszkę i dzięki temu śpią spokojnie. Laleczki zabierają bowiem złe sny i smutki.

Moje figurki już znalazły swoje miejsce…

Dom Schadzek

Dom_Schadzek

Dom_SchadzekDzisiejszej nocy wzięliśmy udział w fantastycznym koncercie jazzowym, który odbył się w samym centrum kulturalno-historycznej Candelarii, położonym zaledwie dwieście metrów od naszego domu i znanym wśród tutejszych melomanów, jako Dom Schadzek. Już samo miejsce okazało się bardzo interesujące. Przy wejściu powitał nas cytat, wygrawerowany na ceramicznej płycie:

“Wielki, ciemny fortepian
wypełniał aniołami
stary dom…”

/Aurelio Arturo/

Wewnątrz, wygaszone światła dodawały tajemniczej atmosfery. Na kwadratowym, zadaszonym patio, otoczonym balkonami, na które wychodziły liczne drzwi, znaleźliśmy kilka małych, drewnianych stoliczków. Na nich, w starych butelkach po rumie, świece. Wszystko – bardzo romantyczne.

Z godzinnym spóźnieniem, do którego zdążyłam się już przywyczaić, pojawiła się ona, długo oczekiwana Claudia Gómez, kompozytor i wokalistka jazzowa, znana i ceniona w kręgach intelektualnych. Akompaniował jej kolumbijski mistrz saksofonu, prawdziwy muzyczny geniusz, Antonio Arnedo. W tle, kontrabas i wyciszona perkusja.

Pijąc grzane wino z orzechami, zatopiliśmy się w indiańskich rytmach w jazzowej aranżacji z nowej płyty Claudii, “Majagua”. Niski głos tej wspaniałej wokalistki oczarował zgromadzonych, a oryginalne, kolumbijskie rytmy pozwoliły szybować myślom. Była to prawdziwa duchowa uczta.   

Dzień Miłości i Przyjaźni

Milosc_i_Przyjazn

Milosc_i_PrzyjaznWpadłam właśnie do jednej z moich ulubionych kawiarni, “Café Carmelo”, położonej w samym centrum handlowej Ulicy Siódmej. Usiadłam na chwilkę przy cynamonowo-miętowej herbatce i czekam na Anitę i Paulinę. Umówiłyśmy się tutaj, celem omówienia szczegółów obchodów Dnia Miłości i Przyjaźni.

Impreza odbędzie się w niedzielę, w naszym mieszkaniu w Candelarii i nie będzie zbyt duża, ponieważ metraż domu nie pozwala na zaproszenie większej ilości osób. Przyjdą: Diana i Jaime, Paulina i Francisco, Anita i Eddy, no i oczywiście nasza dwójka.

Teraz pozostaje tylko podzielić się przygotowaniem kanapek i sałatek. Ja zgłosiłam się na ochotnika do zrobienia hiszpańskiej sangrii z owocami. Będą również konkursy w parach, pogaduchy i tańce. No i najważniejsze, obowiązkowym elementem stroju ma być coś czerwonego. Cokolwiek. Może to być koszulka, buty, apaszka, ale ma być czerwone, bo to mój ulubiony kolor, kolor miłości.

Głód

Glod

GlodWczoraj byłam świadkiem bardzo przykrej sytuacji. Każdego dnia na ulicach Bogoty spotykam osoby żebrzące. Najczęściej proszą one o drobne pieniądze, albo jedzenie. Wczoraj, jedząc przygotowany przez Mario ryż z kurczakiem, zauważyliśmy przez kuchenne okno zdesperowanego z głodu mężczyznę, który z furią przewracał pozostawione na ulicy worki ze śmieciami, wyrzucając całą ich zawartość i szukając czegokolwiek, co dałoby się pogryźć. Mario zniósł mu talerz naszej kolacji, po czym mężczyzna rzucił się jak zwierzę do ucieczki, chroniąc przed innym głodnym swój łup w obawie przed jego utratą.

Szacuje się, że w Kolumbii z 38 milionów mieszkańców, 11 milionów żyje w skrajnej biedzie i głodzie, bez możliwości poprawy swej sytuacji. Na ulicach Bogoty, bardzo często spotyka się matki ze śpiącymi dziećmi, którym podaje się środki nasenne, aby w ten sposób spędziły dzień, nie myśląc o głodzie. Zamiast obiadu, dzieciom w wielu rodzinach podaje się kawałek kostki rosołowej, który popijają sporą ilością wody i w ten sposób uciszają głód. Zamiast chleba, daje im się mielony papier, a zupa to woda z gazety i odrobiny Maggi.

Kiedy dziejszego ranka, przemierzałam Candelarię, tak piękną z jej pustymi jeszcze o tej porze ulicami, lekko zamglonymi i trochę nierealnymi w srebrnych promieniach ukrytego za górami słońca, zauważyłam sporą grupę bardzo ubogich osób, w obdartych strojach, wełnianych ruanach (kolumbijskie poncho) i dziurawych rękawiczkach. Byli to ludzie, którym jakaś kobieta wydzielała z plastikowej, niebieskiej beczki kawałki chleba.

Zastanawiam się, czy taka chwilowa pomoc coś zmieni i stwierdzam, że chyba jednak niewiele. Nie polepszymy sytuacji milionów głodnych ludzi, ofiarując jednemu z nich talerz ryżu, czy kawałek chleba. Ale po chwili dochodzę do wniosku, że może jednak, taki gest ma jakiś sens. Może osoba ta, zaspokajając dzisiaj swój głód, poczuje się choć odrobinę godniej… I chyba tylko tyle możemy zrobić w tej tragicznej i okrutnej sytuacji. Pozwolić człowiekowi poczuć się godniej.

Kawowy boom

Kawiarnie

KawiarnieW ostatnim tygodniu sporo wychodziłam na damskie plotki z moimi bogotańskimi koleżankami, w zwązku z czym, miałam doskonałą okazję do odwiedzenia licznych tu kawiarnii. Okazuje się, że w ostatnich miesiącach, w stolicy Kolumbii, zaroiło się od przeróżnych, bardzo sympatycznych miejsc.

Na głównych ulicach miast powstało całe mnóstwo małych, kawowych lokali. Przypomina to Madryt, gdzie praktycznie nie ma ulicy, na której nie wyrósłby barek, kawiarnia lub restauracja.

La Candelaria oraz Ulica 7 (przecinająca Bogotę z południa na północ, równolegle do pasma gór, handlowa ulica) wypełniły się ostatnio bardzo przyjemnymi kawiarenkami. Serwują w nich kilka rodzajów kolumbijskiej kawy, herbaciane wariacje (dziś spóbowałam herbatki z mięty, bazylii i cynamonu i jestem zachwycona) i pyszne wypieki: tort marchewkowy lub bananowy, kremowy placek kokosowy, milhojas, czyli coś na kształt naszego „napoleonka”, ale przekładanego karmelem, itd.

Warto byłoby również wspomnieć o moim ulubionym miejscu, którym jest bez wątpienia Panadería francesa, czyli francuska piekarnia, znajdująca sie na przeciwko mojego mieszkania, ale o tym, w następnej części.